Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy. Pokaż wszystkie posty

2 kwi 2012

Kwaśnica

Pyszna, kwaśna kwaśnica.
Każdy chyba ma czasem tak, że coś lubi ale żeby zrobić to potrzebuje impulsu. Przynajmniej ja tak czasem mam i tak było z kwaśnicą. "Na mieście" jak akurat zobaczyłem w karcie to z chęcią i owszem ale zrobić w domu, jakby to ująć... nie było okazji. Aż tu zupełnie niechcący, będąc w odwiedzinach u rodzicielki, w dodatku kulinarnym Wyborowej, który rzucił mi się kanapowo w oczy, znalazłem przepis. Komórka, foto, zapisane... "sie zrobi". Parę dni później wprowadziłem przepis w życie.
Zestaw proponowany:
- żeberka wędzone - 250 g,
- kapusta kiszona - 300 g,
- ziemniaki - 3-4 szt,
- cebula - 1 szt,
- liść laurowy,
- masło, sól, pieprz.
Zestaw do wykonania kwaśnicy gotowy.
Wykonanie bardzo proste. Żeberka kroimy, wrzucamy do 2 litrów wody, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 20 minut. Mięso powinno zmięknąć w tym czasie wystarczająco. Dorzucamy do tego odciśniętą i posiekaną kapustę, liść laurowy, parę ziaren pieprzu i znowu gotujemy ok. 20 minut żeby kapusta była miękka. Po prawdzie zależy to od kiszonki i może się gotować i pół godziny. Oczywiście "po drodze" solimy zupę sprawdzając smak (pamiętać trzeba, że żeberka mogą być dość słone).
W międzyczasie gotujemy ziemniaki pokrojone w kostkę i podsmażamy drobno posiekaną cebulę żeby dorzucić je do gara pod koniec gotowania. Kwaśnica może wjeżdżać na stół z porządną kromką chleba do zagryzienia.
Czas jeść :)
I teraz, żeby nie było, że tylko zrobiłem i przepisałem. O nie, nie. Powiem tak... ten przepis bez żadnych poprawek jest słaby. Na tą ilość wody żeberek i kapusty jest za mało. Ja dałem 300 g wędzonki - to wg mnie minimum. Kapusty niestety dałem tyle co w przepisie i to był główny błąd (chyba, że ktoś lubi niewyraźne smaki i ogólnie wodniście) - powinno jej być przynajmniej o 100-200 g więcej. Z ilością ziemniaków to inna bajka - to niestety zależy od ich wielkości. Ja wziąłem niewielkie a powinny być duże. Można oczywiście też po prostu wlać mniej wody... ale to jedzenia mniej będzie ;). Aha... następnego dnia jest jeszcze lepsza.
Gotując tą pyszną zupę po raz n-ty zastanawiałem się dlaczego kapusta kiszona jest tak często spaprana marchewką. Nie wymyśliłem :(.

30 mar 2012

Pochwała resztek

Nie lubię wyrzucania jedzenia, uważam wręcz, że jak ktoś to robi to znaczy, że nie ogarnia tematu "kuchnia". Zwłaszcza, że resztki to często podstawa smacznej przekąski ;).

Sałatka z kurczaka i makaronu z sosem jogurtowym.
Z ostatnich kucharzeń zostało mi odrobinę pieczonego kurczaka i makaronu. Zestaw w sam raz na drugie śniadanie. Jednego i drugiego była podobna ilość (pi razy oko garść). Kurczaka wystarczyło pokroić na małe kawałki i wymieszać z makaronem. Ale ale... tak to jest suche. Całość polałem więc sosem jogurtowo-majonezowym - dwie łyżki jogurtu, łyżeczka majonezu, wyciśnięty ząbek czosnku, sól i szczypta pieprzu.
Powiem jedno... dobrze, że z nikim nie musiałem się podzielić tą miseczką... pycha :)

28 mar 2012

Pieczone buraki

Pieczone buraki można polać sosem winegret co doda im charakteru.
Czasem jest tak, że coś pieczemy i właściwie pół piekarnika jest puste. Aż trochę szkoda. Ostatnio właśnie tak było u mnie - piecyk zajęła kaczka w kawałkach, a miejsca to ona wiele nie potrzebowała (za to czasu, a owszem i jest to dosyć tu istotne). W takim momencie warto, zupełnie przy okazji, upiec buraki. W całości oczywiście. To zupełnie inna jakość niż buraczki mrożone. Nawet przyprawione czosnkiem.
Buraki myjemy dokładnie i owijamy w folię aluminiową (nie obieramy, najwyżej odkrawamy jeśli coś na nich nieciekawie wygląda). Folię zawijamy oczywiście do góry, żeby jakby puściły trochę soku, było mniej sprzątania. Zawijasy wkładamy na blasze na doł piekarnika i pieczemy 60-80 minut (godzina zasadniczo wystarczy) w 180-200 stopniach (temperaturę uzależniamy od tego kto jest naszym głównym mieszkańcem pieca).
Umyte i osuszone buraki zawijamy w folię.
Po wyjęciu rozwijamy, dajemy im chwilę przestygnąć i obieramy (chyba, że mamy stalowe paluchy to obieramy od razu ;) ).
Dalej dróg jest parę. Najłatwiej po prostu pokroić buraki w plastry i polać sosem winegret (dwa ząbki czosnku roztarte z solą, sok z pół cytryny, 4-5 łyżek oleju, odrobina mieszanki prowansalskiej - posmakować i w razie czego dosolić - ma być kwaśno-czosnkowe żeby buraki złapały "pazur"). Właściwie można je też na zimno bez żadnych sosów zjeść - np w kanapce :).
Można też się bardziej postarać i pokroić buraki w kostkę, dorzucić do nich oliwki (pocięte w krążki) i posiekaną drobno cebulę, to wszystko zalać czosnkowym winegrete i się zajadać. Ja dorzucam jeszcze fetę.
Smacznego... głodny się zrobiłem i idę kończyć walkę z kurczakiem :)

27 mar 2012

Omlet na słodko - czyli grzybek

Wiem, wiem... każdy kto pisze o gotowaniu musi grzybka przerobić ;)
Prostota to podstawa szybkiej i smacznej dziecięcej kolacji (i oczywiście nienerwowego wieczoru rodzica). A tu jest dodatkowo łatwo bo wszystkie składniki są w tych samych proporcjach.

Wersja "dwudzieciowa" to:
- 2 jajka,
- 2 łyżki mąki,
- 2 łyżki cukru (mogą być łyżeczki ale uważam, że czasem taki zastrzyk słodyczy nie zaszkodzi),
- 2 łyżki wody.
Plus masło do smażenia.
No... oczywiście zależy kto ma jakie dzieci. Te ilości są na moje ;)

Jajka rozdzielamy (jak kto umie - można przez palce, można skorupkami, ostatnio też widziałem specjalny rozdzielacz do jajek, ha ha), z białek i cukru ubijamy pianę. Im więcej jej poświęcimy energii i im sztywniejsza będzie tym bardziej puszysty będzie omlet.
Im piana sztywniejsza i więcej w niej powietrza tym dla puszystości lepiej.
Dodajemy wodę i mąkę i delikatnie mieszamy. Na koniec żółtka - najlepiej rozbełtać je najpierw z małą ilością białkowej masy i dopiero wtedy wmieszać do reszty.
Mieszaninę wylewamy na rozgrzaną patelnię ze stopionym masłem (ja daję go całkiem sporo), rozprowadzamy równomiernie i smażymy pod przykryciem na niewielkim ogniu. Nie zaglądamy, nie macamy, nie kombinujemy - bo opadnie.
Masła daję sporo - bo lubię :)
Omletu nie odkrywamy bez potrzeby - tu potrzeba była zdjęciowa ;)
Omlet napuszy się i po paru minutach (musi być złocisty a zapach w kuchni stanie się obłędny) przewracamy go na drugą stronę, na której już smaży się krócej.
Omlet gotowy. Teraz czas poszukać dżemu.
Podawać można z dżemem, miodem, posypany czekoladą czy jak sobie kto zażyczy :).
Czasem dodaję cynamon w momencie mieszania składników (a eksperymentować można dowolnie bo i np. rodzynki by mogły być ciekawe).

7 mar 2012

Kurze serducha

Walentynki dawno za nami ale serce zawsze w modzie :).
Jakiś czas temu skusiłem się "na mieście" (Solec 44) na gulasz z serc kurzych. Niebo w gębie. I od tego momentu za mną te pikawki drobiowe chodziły. Aż wreszcie doszły i zostały wykonane co i Wam proponuję. I nie ma się co bać - sprawa jest dosyć prosta chociaż wymaga chwili czasu.

Serca kurze śmietanowe.
Potrzebujemy:
- serca (tak z pół kilo),
- bulion z kury (pół litra - ja użyłem bulionetki... wiadomo, żeby było prościej),
- pieczarki (10-15 szt),
- cebulę (jedną niezbyt wielką)
- czosnek (2 ząbki)
- zioła (tymianek, rozmaryn)
- śmietana (4 "czubate"łyżki),
- olej (2 łyżki),
- masło,
- sól, pieprz.
Zestaw do serc.
Przyda się też głęboka patelnia.

Serca trzeba dokładnie umyć, oczyścić, obciąć tłuszcz i ponownie dokładnie umyć. Pieczarki obrać i pokroić (ja usuwam nogi ale co kto lubi). Cebulę pokroić.
Na początek podsmażamy serca (2 min - mieszamy je, żeby się równo przyrumieniły), dorzucamy pieczarki, cebulę i zioła (najlepiej świeże) i smażymy dalej ok 7-10 minut żeby cebula nabrała koloru. Teraz bulion chlup, czosnek siup, ciut dosolić, dopieprzyć i dusić. Powinienem napisać "aż serca będą miękkie" i w sumie tak jest ale trzeba od razu brać pod uwagę 50-60 minut.

Głęboka i spora patelnia to postawa. Serca się duszą z całą resztą.

Na koniec dodajemy śmietanę (wcześniej ją hartujemy mieszając z łyżką, dwoma gulaszu) i masło. Zagotowujemy i serwujemy z kaszą gryczaną (trzeba pamiętać i ją ugotować :) - pi razy oko 15 minut wcześniej).
U mnie gulasz był zbyt rzadki więc zagęszczałem odrobiną mąki.

26 lut 2012

Jajecznica :)

Kolejna długa przerwa :(. No cóż, dosyć radykalne zmiany w życiorysie nie wpływają dobrze na "blogowanie". Ale może, powoli, uda się nadrobić zaległości. Dziś będzie mega prosto, mega szybko - takie kucharzenie dla opornych ;) czyli jajecznica z rucolą.

Rukola kupowana w pudełkach jest stanowczo nieprzejadalną porcją u nas w domu. Ile można jeść jak królik? A że miałem ochotę na jajecznicę "z czymś" to zielenina mi jakoś tak dobrze podeszła i był to bardzo dobry pomysł.
Jajecznica z boczkiem i rukolą.

Boczek podsmażamy z odrobiną klarowanego masła (nie przypala się jak zwykłe masło a smak ma), na to wrzucamy posiekaną rukolę i wlewamy (wcześniej rozbełtane w misce) jajka. Sól, pieprz, chwila smażenia i... do stołu.
Smacznego :)

21 sie 2011

I jeszcze raz cukinia :)

Tym razem zrobiłem delikatnie wypasioną wersję z mięsem surowym. W ramach wypasu doszły kwiaty cukinii.
Łódeczki (i jedna tratwa ratunkowa ;) ) przygotowane do lądowania na falach gorąca w piecu.
Oczywiście tak cukinie jak pomidorki są własnego chowu.
Mięso (ok. 500 g) zmieliłem z podsmażoną cebulką (1 szt) i rozmoczoną suchą bułką (mniej więcej 1/4 - 1/3 objętości mięsa), potem zmieszałem z jajkiem i posiekanym czosnkiem. Do tego doszła sól, zioła prowansalskie, parę listków świeżej bazylii i mięty (coś mnie ostatnio na eksperymenty z miętą naszło... aż sam się dziwię bo jej normalnie nie lubię). Pod farsz, w wydrążonych "łódeczkach" ułożyłem delikatnie obsmażone kwiaty cukinii - w ramach wypasu. Na wierzch pomidorki i do pieca: 25 minut i 180-200 stopni. Potem na talerz.
Taka cukinia nadaje się swobodnie do odgrzania co stanowi dodatkowy bonus. Idealnie można ją zagrzać następnego dnia w mikrofali jako obiad w pracy :).

Po wyjęciu z piecyka. Wiem... przed były ładniejsze ;).

6 sie 2011

Cukinia mięsno-krewetkowa

Żółta elegantka czeka na obróbkę. Z tyłu czai się mięso.
Cukiniowy sezon trwa. Po smażonych kwiatach pora przejść do konkretów ;). Cukinia została więc wypełniona mięsem, co okazało się bardzo smacznym pomysłem.
Są dwie opcje takiego dania. Farsz może się opierać o mięso surowe lub lekko przesmażone. Ja, tym razem, zrobiłem ta druga wersję.

Oto użyty zestaw:
- duża cukinia (była dość długa a nie za gruba - mogłyby być ze dwie mniejsze),
- mięso wołowe (może być inne wg uznania i aktualnej zawartości lodówki ;) ) mielone - ok 400 g,
- krewetki (ok. 100 g rozmrożonych - 3/4 szklanki),
- cebula - 1 szt,
- średni patison,
- jajko,
- czosnek - 4 ząbki (mogłoby być więcej :) ),
- świeża bazylia,
- sól, pieprz, zioła prowansalskie + oregano,
- 2-3 listki świeżej mięty,
- olej.

Na początek przygotowałem cukinię. Usunąłem całość miąszu z nasionami zostawiając tylko "konkrety". Ponieważ "inteligentnie inaczej" wydrążyłem warzywo w całości a później musiałem je przeciąć na pół (długa bestia była) to finalnie trzeba było zastosować "zatyczkę" z plastra patisona, żeby soki nie uciekały za bardzo, co widać na zdjęciu. "Miseczki" wyłożyłem (nie przesadzając z ilością) liśćmi bazylii.
Cebule posiekaną drobno poddusiłem/podsmażyłem z posiekanym patisonem i ziołami.
Stopień rozdrobnienia cebuli i patisona (i trzech mikro cukinii ale są one pomijalne ;) )

Duszenio-podsmażanie.
Mięso delikatnie podsmażyłem na oleju z dwoma posiekanymi ząbkami czosnku. W końcowej fazie dorzuciłem posiekane krewetki (były to koktailowe, obgotowane więc nie wymagały żadnej właściwie obróbki i zrobiłem to tak bardziej dla formalności i lepszego wymieszania smaków) i świeże oregano oraz miętę (porwane drobno).
Część mięsno-krewetkową wymieszałem z cebulowo-patisonową i zostawiłem żeby trochę ostygła. Potem wylądowało w tym roztrzepane jajo i po rozmieszaniu mogłem wypełnić cukinie. Na wierzch poszedł pokrojony pomidor co dało wiele w kwestii soczystości dania.
Cukiniowe miseczki czekają na wypełnienie.

Z resztek farszu powstały eleganckie kotleciki przy okazji.
Całość do piecyka na 20 minut i taadaammm... do stołu :)
Cukinia faszerowana wołowiną i krewetkami. Smacznego :)
U nas było dodatkowo z sosem jogurtowo-czosnkowym.

Aha... sól i pieprz proponuje dozować wg własnych preferencji podczas produkcji farszu.

I drugie "aha..." - można dać inne proporcje mięsa i krewetek - znaczy zwiększyć ilość tych drugich. Trochę za słabo były wyczuwalne.

Cukinia 2011

10 lip 2011

Smażone pomarańczowe kwiaty (z małymi poprawkami)

Cukinie na działce szaleją i kwitną na potęgę co zachęciło mnie do eksperymentu kulinarnego. Niby nic takiego, jednak kwiatów jeszcze nie smażyłem. Sprawa jest okazało się prosta a efekt wyjątkowo smaczny. Głowa tylko odrobinę dzisiaj niedomaga, bo kwiaty kwiatami a napoje po kwiatach zrobiły swoje ;). No ale... ważne, że smacznie i wesoło było.
Świeże kwiaty cukinii czekają na obróbkę.
Aby wykonać kwietne danie potrzebujemy kwiaty (a jakże ;) ), ciasto i patelnię z olejem.

Kwiaty trzeba opłukać i zostawić w chłodnej wodzie na 30-40 minut (akurat tyle ile potrzebuje ciasto). Potem wyciąć z nich pręciki, słupki itp i sprawdzić pod kątem ewentualnych mieszkańców (których należy wysiedlić przymusowo w razie czego).

Pomarańczowe się moczą


Ciasto (jak na naleśniki):
mąka - 10 łyżek (a nie 6 jak było wcześniej)
mleko - 10 łyżek
woda - 4-5 łyżek czujnie dolewanych (a nie 10 jak było wcześniej)
jajko - 1 szt
sól - ze dwie (a lepiej cztery) duże szczypty.
Można by pewnie dodać też troszkę ziół prowansalskich ale ja zrobiłem bez.
Składniki ciasta zmiksować (mamy otrzymać konsystencję gęstej - naprawdę gęstej - śmietany) i odstawić na pół godziny. Taka ilość spokojnie wystarczy na 10 kwiatów (a nawet na parę więcej).

Na rozgrzanym na patelni oleju warto przesmażyć parę ząbków czosnku (smażymy 2-3 minuty i odławiamy) co doda czosnkowego posmaku. Na tak przygotowany olej wrzucamy kwiaty umaczane w cieście i smażymy 5-6 minut.
Smacznego :)
Przed i po.

Cukinia 2011

24 mar 2011

Makaron domowy

Oglądanie tv czasem przynosi dobre skutki :). Na Kuchni zwiedziłem Olivera jak pokazywał robienie domowego makaronu. Nigdy samodzielnie się nie porwałem na taką sztukę a tu nagle patrzę, że to banalnie proste!
Następny dzień zaowocował kupnem maszynki do walcowania ciasta (super zabawa) i domowym makaronem (200 g mąki, 2 jajka, 3 łyżki wody, szczypta soli - ilość na 2+2). Wszystkim smakowało :) (aczkolwiek na przyszłość wiem, że trzeba użyć dwóch szczypt soli ;)) ).
Kolejne rozwałkowywania - genialna sprawa!
Zaraz wyląduje we wrzątku na ok. minuty (tak, tak - dla mnie to też było lekko szokujące i w sumie lekko rozgotowałem).

17 mar 2011

Efekt kamienia

Powiedziało się A trzeba powiedzieć B. Dzisiaj już normalny, pełnowymiarowy wypiek nakamienny czyli pizza z kamienia wzięta.
Pizza gotowa żeby włożyć ją do pieca. Kamień wygrzany przez godzinę już czeka.
Forma prostokątna - tak lepiej się wpasuje na kamyczek.
Ciasto przygotowałem wg przepisu z Coś niecoś w lekko zmienionej ilości (proporcje w miarę zachowałem):
- mąka - 210 g
- drożdże (świeże) - 11 g
- sól - niecałe pół łyżeczki
- woda - 120 ml
- oliwa - niecałe 2 łyżki
Całość wymieszać i wyrobić ok. 5 minut. Potem wrzucić do miski nasmarowanej oliwą (kulęciasta też w tej oliwie obtoczyć) i zostawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.
Sos to przecier pomidorowy z kartonu doprawiony mieszanką prowansalską + dodatkowe oregano + sól + cukier (odrobina). Zasadniczo to trzeba przyprawić do smaku. Można by dodać czosnek... niestety okazało się w ostatniej chwili, że "wyszedł".
Na wierzch idzie co kto lubi. Dzisiaj był "pełen wypas". Sery - mozzarella i myśliwski (część pizzy była za to bez sera). "Punktowo" - salami (pikantne), boczek (wędzony), tuńczyk (z puszki), krewetki (małe). I warzywnie w miarę po całości - pomidor, papryka, cebula i oliwki.

Pizza w piekarniku. Tu spędziła ok. 9 minut w temperaturze 240 stopni..
Gotowa :). Chrupiący spód. Poezja :)

Zestaw familijny w kawałkach.

6 mar 2011

Pierożki z pary

Bambusowy parowar ma się świetnie i jest jakiś taki "bardziej ludzki" od elektrycznego (o ileż mniej przy nim stresów, że coś upadnie, pęknie itp). A co do przepisów...

Pierożki na parze robione
Dzielnie notowałem sobie wszystko przy drugim podejściu do tych pierożków żeby było łopatologicznie i łatwo i... zgubiłem kartkę :-/. Na szczęście okazało się, że niczym pan Hilary z okularami tak i ja z przepisem - on okulary na nosie a ja kartkę miałem dobry miesiąc w plecaku... bo przecież miałem to wrzucić "przy okazji" na bloga :). Ten przepis powstał (jak większość tego co gotuję) na bazie paru różnych znalezionych w sieci, które "samodzielnie" jakoś nie były dla mnie "TYM".

Tak więc - co potrzebujemy?

Ciasto:
  • mąka - 110 g
  • woda (gorąca) - 100 ml

Nadzienie:
  • makaron ryżowy namoczony - 160 g (zabijcie - nie wiem ile waży na sucho :D ale te ilości można spokojnie brać na oko)
  • krewetki - 130 g (użyłem zwykłego, koktailowego, drobiazgu)
  • mięso - 100 g (wieprzowe lub wołowe - co kto lubi)
  • sos sojowy - 2 łyżki
  • olej - 2 łyżeczki (używam z pestek winogron ale lepszy i bliższy chińszczyźnie byłby sezamowy)
  • ocet ryżowy - 2 łyżeczki
  • por drobno posiekany - 1,5 łyżki
  • cebula starta - 1 łyżka
  • białko z jajka - 1
  • pieprz
  • grzyby mun i grzyby shitake (namoczone) - w ramach możliwości po łyżce dla smaku i aromatu
Pocięty nożyczkami makaron
Cebula starta, posiekany por i posiekane grzyby mun i shitake - elementy smaku.


Nie solimy!

Sos:
  • sos sojowy - 1/3 szklanki
  • ocet ryżowy - 2 łyżki
  • olej (oczywiście najlepiej sezamowy) - 3 łyżeczki

Na początek namaczamy suche składniku nadzienia - makaron ryżowy (lub sojowy) i grzyby. Po prostu zalewamy je w miseczkach wrzątkiem - powinny poleżeć w wodzie minimum 15-20 minut aby zmiękły.
Gdy już przygotowaliśmy składniki suche to robimy ciasto. Gorącą wodę wlewamy do mąki i mieszamy całość (np. widelcem). Jak już się da wziąć w łapy to ugniatamy parę minut (5-8) i w formie kuli odkładamy na pół godziny (lepiej przykryć lekko wilgotną szmatką żeby nie zrobiła się na nim skorupa).
Jak ciasto sobie odpoczywa mamy czas na nadzienie. Namoczony makaron siekamy na drobne kawałki - można to zrobić nożyczkami w misce. Krewetki, mięso i grzyby też siekamy na drobno. Mięso można użyć mielone ale ja wolę jak jest w drobnych kawałkach. Wszystkie składniki mieszamy i zostawiamy na chwilę, żeby przeszły się wzajemnie smakami.

Dwa rodzaje nadzienia do wyboru - same krewetki albo krewetki i mięso - w zależności od diety ;)
Teraz następuje najtrudniejsza operacja - rozwałkowanie ciasta i zlepienie pierożków. Na posypanym mąką blacie trzeba rozwałkować ciasto na cienki placek - prześwitujący. Dla bardziej "opornych" kuchennie - najlepiej brać po kawałku ciasta wielkości połowy piłki tenisowej i rozwałkowywać w razie potrzeby (jakby się zaczynało kleić) podsypując mąką. Jak mamy taki cienki placek to kroimy go w kawałki 7x7 cm (mniej więcej) a skrawki lądują do kolejnego wałkowania z resztą ciasta.
Na ciasto-kwadraty nakładamy łyżką farsz. Ważne jest aby nadzienie w misce mieszać podczas nakładania bo inaczej zacznie się rozdzielać i całość płynna wyląduje nam w ostatnich pierożkach.
Nadzienie na cieście czeka na zawinięcie
Pierożki finalizujemy łącząc przeciwległe rogi kwadratów a potem doklejając boki. Ważne żeby zrobić to niezbyt dokładnie ;). Brzmi dziwnie ale tak właśnie ma być - dokładnie mają być zlepione rogi ale po wszystkim muszą pozostać drobne dziury w pierogu.
W ten sposób wałkujemy i sklejamy do wykończenia nadzienia (ciasta zapewne trochę zostanie). Powinno wyjść ok 25-30 pierożków. Są one zadziwiająco sycące.
Posklejane pierożki - jak widać mają dziury
Tak przygotowane pierożki lądują w parowarze. Najlepiej (w przypadku parowaru bambusowego - bo przy plastiku elektrycznym to olewamy) położyć je na liściach kapusty (wyrywamy w nich parę dziur) lub na krążkach wyciętych z papieru do pieczenia (też z wyciętymi dziurami).
Pierożki gotowe do parowania
Teraz mamy 8 do 20 minut na zrobienie sosu w zależności od tego jakiego mięsa użyjemy. Przyjąłem 8 minut na wołowinę i 20 na wieprzowinę (tak, na wszelki wypadek). Oczywiście jeśli użyć samych krewetek to parować starczy 6-7 minut. Ważne, żeby to było na porządnej parze (ale nie spalcie parowaru ;) ).
W ramach sosu po prostu mieszamy wszystkie jego składniki w miseczce. Te pierożki lubią "pływać" więc warto go mieć w naczyniu w którym możemy bezpiecznie zamoczyć pierożek i później się delektować wszystkimi jego smakami :)
Pierożki gotowe do maczania w sosie

28 sty 2011

Dżem mocno egzotyczny.

Gotowy, lekko kwaskowy, nie za słodki. Dżem z liczi, mango i kiwi. Słoik z odzysku :)
 Resztka liczi w lodówce zaczęła się prosić o szybką utylizację więc wychodząc z założenia, że nic nie może się zmarnować, a zwłaszcza takie rarytasy, podjąłem próbę (udaną) wykonania dżemu.
Wiele tych owocków nie było ale szybko się okazało, że na parapecie dogorywa jeszcze mango i kiwaczek. Zerknąłem jeszcze w net w poszukiwaniu natchnienia (dżemu jeszcze nigdy nie robiłem) i zabrałem się za własną kombinację.

Z takim zestawem wziąłem się do dzieła:

Owoce (obrane, bez pestek):
- liczi - 180 g (było kilkanaście)
- mango - 180 g (jedno)
- kiwi - 80 g (jedno)
Reszta:
- cukier - 200 g
- cytryna - sok z mniej więcej ćwiartki.
- żelfix 2:1 - 20 g (czyli pół opakowania)

Owoce drobno pokrojone (im drobniej, tym "gładszy" będzie produkt końcowy - czyli jak kto lubi) wrzucamy do garnka (a raczej garnuszka w tym wypadku) razem z cukrem i sokiem z cytryny i zagotowujemy. Potem, na małym ogniu, gotujemy 40 minut co jakiś czas mieszając.
Gotowanie owoców
Po 40 minutach możemy uznać, że wystarczy :) i przelewamy dżem do wyparzonego sloika. Zakręcamy, stawiamy do góry nogami na 20 minut i niech sobie spokojnie stygnie.

Wyszlo mi niewiele - ciut ponad 300 ml czyli poprostu jeden słoik. Ale to w sam raz do babeczek które powstaną niebawem.

3 sty 2011

Miso - zupka po japońsku.

Ciąg dalszy prób kulinarnych związanych z krajem kwitnącej wiśni. Po ostatnim moim odkryciu - czyli przedświątecznej wizycie w dwóch warszawskich sklepach z japońskimi produktami (uhhh... że też dopiero teraz trafiłem do tych miejsc) tym bardziej naszła mnie ochota na kombinowanie. Przyszedł czas na zupę miso. Od razu powiem, że już po pierwszym wykonaniu (a wykonań było parę) stało się jasne, że tym co jest podawane w zestawach lunchowych w warszawskich "suszarniach" to już nie jesteśmy zainteresowani :-).
Oryginalny przepis (o ile w przypadku miso można tak powiedzieć - wzorowałem się na paru i szczerze mówiąc każdy był trochę inny) odrobinę zmodyfikowałem - pastę miso kupiłem już ze smakiem rybnym (tylko taka była) i po konsultacji z panią w sklepie wyszło, że rybnego bulionu dashi mogę dać tylko do smaku w razie potrzeby.

Miso to podobno też bardzo zdrowy posiłek ale jak dla mnie to zupełnie inna para kaloszy ;-)
Składniki na dwuosobową wyżerkę:
- woda - 3 szklanki (używam szklanki ok. 200 ml - dwie szklanki daję na początek a potem tą trzecią dolewam wrzątku jako uzupełnienie sprawdzając smak żeby zupa nie była za bardzo esencjonalna),
- grzyby shitake (suszonych, krojonych wrzucam 7-9 plasterków),
- wodorosty wakame - "trochę" :-) - rozkruszonych wyjdzie około łyżki (trzeba pamiętać, że 10-krotnie zwiększają swoją objętość i rozwijają się więc będzie tego sporo i z tego też powodu warto suche połamać na dosyć drobne kawałki),
- dashi - jak już wspomniałem odrobina w moim wypadku (normalnie trzebaby dać odważną łyżeczkę proszku),
- sake - 2 łyżeczki,
- pasta miso - 2 łyżki (nie należy przesadzić a ponieważ dodaje się ją na samym końcu więc można na początek dać ciut mniej a potem dodać),
- tofu - ja daję pół kostki Tofu Tradycyjnego z Polsoji (takie z marketu),
- rzepa (biała, podłużna do kupienia w każdym markecie) - ok. 10 grubych plasterków w zależności od wielkości samej rzepy,
- dymka (cebulka i szczypior),
- por - kawałek ok. 4-5 cm pocięty w cienkie plasterki.

OK, teraz gotujemy :-)
Na początek suszone grzyby warto wrzucić do garnka, zalać dwoma szklankami wody i zostawić na jakiś czas (najlepiej jakby poleżały z pół godziny ale może być krócej) żeby trochę namiękły. Ja dzielę je też na mniejsze kawałki.
Pokrojoną w plasterki rzepę dorzucić do grzybów, dolać sake, dosypać dashi i zagotować. Gotujemy ok 15 minut na małym ogniu. W międzyczasie dodajemy pokrojoną w plasterki cebulkę (po ok. 7 minutach) oraz por i wakame (na ostatnie 5 minut). Testujemy smak i dolewamy trzecią szklankę wrzątku (może być niepełna).
Po 15 minutach odstawiamy z ognia. Pastę miso rozrabiamy z dwoma-trzema łyżkami otrzymanego bulionu (wcale nie jest taka chętna do rozpuszczania się), wlewamy do garnka i mieszamy całość. Ważne żeby już nie gotować zupy.
Do misek wkładamy pokrojone w kostkę tofu, wsypujemy szczypior i zalewamy gorącą miso.
Wychodzą dwie całkiem sycące porcje. Smacznego :-)

10 lis 2010

Kolejne suche eksperymenty czyli wczorajszy lunchyk

Idąc za ciosem pobawiłem się dalej w japońszczyznę i na szybko przygotowałem sobie "zestaw lunchowy sushi" do pracy. Powiedziałbym, że sie nawet nieźle nim najadłem.
Naprawdę polecam bo to kawałek fajnej zabawy, nietrudnej i dodatkowo niedrogiej.
Ja zrobiłem tak (jest łopatologicznie żeby każdy miał jasność):

Informacyjnie - kafelki maja 9,5 cm. Szklanka ma 200 ml. Prezentowana łyżeczka jest mniejsza od standardowej (takiej "łyżeczki z przepisów").
Produkcja
 
1. Ilości ryż / woda jak widać na zdjęciu. Do zaprawienia ryżu ocet ryżowy (około 2,5 łyżki), niecałe pół łyżki cukru i niecała łyżeczka soli (standardowej łyżeczki byłoby pewnie więcej niż pół).

2. Ryż gotowałem wg przepisu z pudełka (chociaż dałem odrobinę więcej wody - co widac na fotce). 10 minut pod przykrywką na małym ogniu (od zagotowania) i potem nie zdejmując pokrywki stał sobie już bez ognia 15 minut. Trzeba pamiętac, że ryż przed gotowaniem trzeba przepłukać porządnie 3-4 razy w zimnej wodzie (np. w garnku i zlewać go przez sitko).

3. Ryż do miski, studzenie. Jak jeszcze ciepły to zalałem (polewałem łyżeczką żeby równo było) octem z cukrem i solą (zagrzanym żeby się wszystko rozpuściło).

4. Ryż musi ostygnąć do temperatury bliskiej pokojowej (chociaż z tego co wyczytałem dobrze jeśli jest jeszcze troche letni). Zasadniczo cała operacja z ryżem powinna zająć około godziny (chociaż nie wiem czy dobrze zrozumiałem, że ryż przygotować na godzinę przed zawijaniem... ale co tam ;-) ).

5. W tzw. międzyczasie przygotowałem wsad. Był ogórek, surimi ("Paluszki krabowe"), awokado (warto żeby było dobrze dojrzałe) i łosoś wędzony. Do tego oczywiście wasabi.


6. Zwiedzanie youtuba żeby ogarnąć sprawę zawijania. To jest naprawdę proste a na YT jest sporo poradników.

7. Po wchłonięciu wiedzy z YT na matę do zawijania (7 PLN w sklepie z gadżetami kuchenno-różnymi) kładziemy płatek nori i równo ryż (dobrze jest mieć miseczkę z wodą z cytrynądo moczenia rąk - ryż się nie klei wtedy do łapek tylko do glona). Zostawiamy u góry wolny kawałek nori do zaklejenia rolki.

8. Wasabi, wkład, zawijamy. Warto na koniec zawijania tą zostawioną końcówkę zmoczyć delikatnie (oby na koniec bo inaczej nam się pomarszczy i będzie trudniej ;-) ).

9. Ostrym nożem kroimy rolkę. Ja nóż moczyłem w zimnej wodzie co ciachnięcie - inaczej całość się zbytnio do niego kleiła.

10. W ramach lunchu pakujemy sobie wszystko do pudełka i gotowe :-).

Mniam :-)

Czas

Cała operacja zajęła mi ok 2 godzin. Ale to czas całościowy - od płukania ryżu po ostateczne sprzątnięcie i pozmywanie lepiących się od ryżu rzeczy. Bardziej prawdopodobnym czasem jest godzina na ryż i poł godziny na zwinięcie, pocięcie i posprzątanie (to można szybciej nawet bo zależy od wprawy, której na razie mi brak). W czasie tej godzinki "ryżowej" jest też dodatkowo masa wolnego czasu na inne sprawy.

7 lis 2010

Dzisiejszy wypas

Dzisiaj trochę pchnięty impulsem zrobiłem sushi. A co! Ja nie potrafię? ;-) Odwiedziłem po drodze sklep, kupiłem co trzeba (oprócz imbiru, który jakoś niezbyt nam pasuje), zapaskudziłem ciut kuchnię i voila!
Wyszło, nie chwaląc się za bardzo ;-) - jak na pierwszy raz - genialnie (chociaż chcąc się wspomóc siecią odczułem lekki zgrzyt, bo każdy przepis na gotowanie ryżu jest inny).
Żeby było bardziej kulinarnie... jako wsad były ogórki, awokado, "paluszki krabowe" i łosoś (wędzony, bo o porządnego surowego na szybko, to raczej trudno).

Zestaw dwuosobowy - spowodował najedzenie się konkretne.
Doczytałem, że wasabi należy zużyć w ciągu miesiąca od otwarcia. No cóż... jakoś to ogarniemy chyba ;-)

30 paź 2010

Gruszkówka

Dzisiaj na dobry początek dnia nastawiłem jeden słój z gruszkówką.
Ok. 1,7 kg gruszek (konferencje i komisówki) pokrojonych w kostkę zalałem 0,6 litra spirytusu 95%. Słój poszedł do szafy na najbliższe pół roku :-/. Na wiosnę zleję alko, gruszki zasypię 0,5 kg cukru żeby sok puściły, potem wszystko wymieszam a gruchy odcisnę (i to też po przefiltrowaniu doleję). Do tego trochę kwasku cytrynowego bo czuję, że słodkie będzie ulepkowato. Będzie dobrze :-).
Gruszki zalane i butelczyna gotowca :-)

A parę dni temu przefiltrowałem pierwszy słój z początku roku. Mniam. Robiona inaczej - ok. kilograma gruszek zalanych pół litra spirytusu i pół litra wódki. Do tego pół kilo cukru (na raty dodany) i na koniec 25 ml rumu + ok. grama kwasku. Ma to moc i smak. Drugi słój jeszcze stoi.

20 sie 2010

Botwinka minimal

Buraczki na działce ładnie rosną tak więc uznałem, że najlepszym sposobem na sprawdzenie ich jakości będzie ugotowanie botwinki. Jak pomyślałem tak zrobiłem :-).
Wersja była minimalistyczna - odrobinę w ostatniej chwili stwierdziłem, że właściwie nie mam nic oprócz buraków (a raczej liści samych bo bulwy jakieś takie mikroskopijne były). Zasadniczo sprawa wyglądała tak:

- dwie porządne garście buraczanych liści (można liczyć trzy garście),
- litr wody,
- bulionetka (tak, tak... z braku możliwości nagotowania prawdziwego bulionu),
- śmietana 18% (pi razy oko 100 g - pół opakowania),
- pieprz (troszkę)
- kwasek cytrynowy (brak cytryny był bolesny ;-) - kwasku użyłem minimalną ilość)
- jaja na twardo.

Liście i "buraczki" posiekałem drobno i wrzuciłem do wrzącego bulionu. Pogotowało się to 7 minut z dodatkiem pieprzu. Na koniec dosypałem kwasek (na czubek łyżeczki - dosypywałem ze 3 razy próbując). Wyłączyłem gaz, dodałem śmietanę, wymieszałem i zagotowałem. Soli nie dodawałem - wystarczyło to co w bulionetce. Finito :-).
A... jeszcze jaja przekrojone do miski i chlup... mniam. Wyszła idealnie - botwinka minimal (tak czasowo jak produktowo).