Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodko. Pokaż wszystkie posty

27 mar 2012

Omlet na słodko - czyli grzybek

Wiem, wiem... każdy kto pisze o gotowaniu musi grzybka przerobić ;)
Prostota to podstawa szybkiej i smacznej dziecięcej kolacji (i oczywiście nienerwowego wieczoru rodzica). A tu jest dodatkowo łatwo bo wszystkie składniki są w tych samych proporcjach.

Wersja "dwudzieciowa" to:
- 2 jajka,
- 2 łyżki mąki,
- 2 łyżki cukru (mogą być łyżeczki ale uważam, że czasem taki zastrzyk słodyczy nie zaszkodzi),
- 2 łyżki wody.
Plus masło do smażenia.
No... oczywiście zależy kto ma jakie dzieci. Te ilości są na moje ;)

Jajka rozdzielamy (jak kto umie - można przez palce, można skorupkami, ostatnio też widziałem specjalny rozdzielacz do jajek, ha ha), z białek i cukru ubijamy pianę. Im więcej jej poświęcimy energii i im sztywniejsza będzie tym bardziej puszysty będzie omlet.
Im piana sztywniejsza i więcej w niej powietrza tym dla puszystości lepiej.
Dodajemy wodę i mąkę i delikatnie mieszamy. Na koniec żółtka - najlepiej rozbełtać je najpierw z małą ilością białkowej masy i dopiero wtedy wmieszać do reszty.
Mieszaninę wylewamy na rozgrzaną patelnię ze stopionym masłem (ja daję go całkiem sporo), rozprowadzamy równomiernie i smażymy pod przykryciem na niewielkim ogniu. Nie zaglądamy, nie macamy, nie kombinujemy - bo opadnie.
Masła daję sporo - bo lubię :)
Omletu nie odkrywamy bez potrzeby - tu potrzeba była zdjęciowa ;)
Omlet napuszy się i po paru minutach (musi być złocisty a zapach w kuchni stanie się obłędny) przewracamy go na drugą stronę, na której już smaży się krócej.
Omlet gotowy. Teraz czas poszukać dżemu.
Podawać można z dżemem, miodem, posypany czekoladą czy jak sobie kto zażyczy :).
Czasem dodaję cynamon w momencie mieszania składników (a eksperymentować można dowolnie bo i np. rodzynki by mogły być ciekawe).

8 lis 2011

Pijane gruszki :)

Wiem, wiem... nie pisałem, nie bywałem. Cóż, takie życie. Ostatnie trzy miesiące płyną pod znakiem samotnego ojcowania co nie wpływa najlepiej na dodatkową działalność ;) (co prawda już właściwie mam opanowane prawie idealne planowanie) a dodatkowo główna moja muza chyba odpłynęła w dal i nie czyta. Heh... tak też bywa ;). No tyle tytułem tłumaczeń i użalania ;).

Ostatnio udało mi się wreszcie rozlać - do butelek oczywiście - porzuconą w pewnym momencie gruszkówkę. Zostały gruchy a raczej grucho-alko-paćka. No... głównie alko. Wyrzucić grzech ale też niezbyt wiadomo co z tym fantem zrobić. Hmmm... po zastanowieniu wiadomo. Czekoladki. Wypełniacz niby idealny. Pierwsza próba nie była jednak idealna. Użyłem samej papki ale okazała się za mało gruszkowa, za to bardzo alkoholowa... niezłe ale można lepiej (w sumie co kto lubi ;) ).
Finalnie, dziś, wykonałem miks alkogruszek z, na szybko zrobionym, "gruszko dżemem" (rozgotowałem owoce z cukrem i dodatkiem kwasku cytrynowego). Wyszło nieźle, chociaż może będzie trzeba dosłodzić i dodatkowo doalkoholizowac czystą gruszkówką wkład, żeby nabrał jeszcze charakteru. W każdym razie smakowite jest i nie aż tak pijackie jak w pierwszej wersji.
Mając gruszkowy dżemik zrobiłem też wersję soft dla dzieciaków. Po sztuce na łeb... na szczęście miałem więcej czekolady i wypełniacza bo stanowczo zażądały dokładki :)

23 kwi 2011

Molekularne żelki

Zupełnie niechcący trafiłem ostatnio w temat kuchni molekularnej. Już na wstępie ubawiło mnie, że nazwa utrwaliła się odrobinę przez przypadek a zapoczątkowana została właściwie żartem (przynajmniej tak mówi legenda ;) ). W każdym razie sprawa jak dla mnie jest ciekawa - tak kulinarnie jak i z powodu tego, że żeby tak się pobawić domowo, nienarażając się na chore koszty, trzeba się troszkę nagłówkować (zestawu podstawowego z molecule-r.com jakoś nie chciałem kupować - chociaż właśnie potaniał do 58 $). Dla jasności - "dodatki do żywności" używane w tym kucharzeniu normalnie nie są dostępne w ilościach detalicznych (zwykle minimalna ilość to worek 25 kg :) ).
No ale pierwszy sukces jest :). Żelki z sokiem w środku - po prostu kosmos. Efekt w paszczy - coś pomiędzy ostrygą a dojrzałym pomidorkiem koktajlowym (w całości) - chociaż to nie oddaje całości bo stopień zaskoczenia jest spory.
Zamknięty w miękkiej otoczce sok cytrynowo malinowy.

Oczywiście jest to tylko wierzchołek góry lodowej ale już widzę wiele zastosowań w połączeniu ze "standardowymi" potrawami co może dać świetne efekty.

A zrobiłem to wg tego przepisu:
http://www.youtube.com/watch?v=OlJKpt74TvI

28 sty 2011

Dżem mocno egzotyczny.

Gotowy, lekko kwaskowy, nie za słodki. Dżem z liczi, mango i kiwi. Słoik z odzysku :)
 Resztka liczi w lodówce zaczęła się prosić o szybką utylizację więc wychodząc z założenia, że nic nie może się zmarnować, a zwłaszcza takie rarytasy, podjąłem próbę (udaną) wykonania dżemu.
Wiele tych owocków nie było ale szybko się okazało, że na parapecie dogorywa jeszcze mango i kiwaczek. Zerknąłem jeszcze w net w poszukiwaniu natchnienia (dżemu jeszcze nigdy nie robiłem) i zabrałem się za własną kombinację.

Z takim zestawem wziąłem się do dzieła:

Owoce (obrane, bez pestek):
- liczi - 180 g (było kilkanaście)
- mango - 180 g (jedno)
- kiwi - 80 g (jedno)
Reszta:
- cukier - 200 g
- cytryna - sok z mniej więcej ćwiartki.
- żelfix 2:1 - 20 g (czyli pół opakowania)

Owoce drobno pokrojone (im drobniej, tym "gładszy" będzie produkt końcowy - czyli jak kto lubi) wrzucamy do garnka (a raczej garnuszka w tym wypadku) razem z cukrem i sokiem z cytryny i zagotowujemy. Potem, na małym ogniu, gotujemy 40 minut co jakiś czas mieszając.
Gotowanie owoców
Po 40 minutach możemy uznać, że wystarczy :) i przelewamy dżem do wyparzonego sloika. Zakręcamy, stawiamy do góry nogami na 20 minut i niech sobie spokojnie stygnie.

Wyszlo mi niewiele - ciut ponad 300 ml czyli poprostu jeden słoik. Ale to w sam raz do babeczek które powstaną niebawem.

30 paź 2010

Gruszkówka

Dzisiaj na dobry początek dnia nastawiłem jeden słój z gruszkówką.
Ok. 1,7 kg gruszek (konferencje i komisówki) pokrojonych w kostkę zalałem 0,6 litra spirytusu 95%. Słój poszedł do szafy na najbliższe pół roku :-/. Na wiosnę zleję alko, gruszki zasypię 0,5 kg cukru żeby sok puściły, potem wszystko wymieszam a gruchy odcisnę (i to też po przefiltrowaniu doleję). Do tego trochę kwasku cytrynowego bo czuję, że słodkie będzie ulepkowato. Będzie dobrze :-).
Gruszki zalane i butelczyna gotowca :-)

A parę dni temu przefiltrowałem pierwszy słój z początku roku. Mniam. Robiona inaczej - ok. kilograma gruszek zalanych pół litra spirytusu i pół litra wódki. Do tego pół kilo cukru (na raty dodany) i na koniec 25 ml rumu + ok. grama kwasku. Ma to moc i smak. Drugi słój jeszcze stoi.

5 sie 2010

Zielona herbata - podejście nr 2

Jak zapowiadałem w poprzednim wpisie, popełniłem ciasto z zieloną herbatą ponownie.
Tym razem odrobinę zmieniłem proporcje - tzn dodałem mąki (pi razy oko czubata łyżka - może nie strasznie czubata). Zasadniczo doprowadziłem do tego, żeby ciasto nie było lepiąco-mokre (bo takie mi wychodzi z przepisu - nie ma siły ;-) ).
Skorzystałem też z rady Karoliny i dokumentnie zamroziłem herbacianą masę. To rzeczywiście działa - chociaż może powinna ona się ciut rozmrozić przed drugim wałkowaniem (bo na początek zamrożona jest idealna) - u mnie ostatecznie była bardzo nierówno rozłożona w cieście i częściowo wylazła jakby na wierzch.
Ciasto wyszło OK - chociaż chyba poprzednie, dzięki większemu wymieszaniu zielonej masy i ciasta drożdżowego miało więcej herbacianego aromatu i było ogólnie wilgotniejsze.
A... i jeszcze drobiazg - piec musiałem 20 minut dłużej niż w przepisie. Być może lepiej byłoby ciasto położyć jednak na dole piekarnika a nie pośrodku ;-/.
Na koniec efekt walki z materią:
Przygotowanie ciasta z zieloną herbatą zajmuje sporo czasu - warto mieć to na uwadze. Mi znowu udało się skończyć grubo po północy.

1 sie 2010

Ciasto z zieloną herbatą

Czytając japońsko-kuchennego bloga Karoliny naszło mnie na zielone eksperymenty. Nabyłem zieloną herbatę w proszku i rozpocząłem przygodę ;-).
Na początek ciasto z zieloną herbatą.
No... bardzo smaczne. I nawet ma herbacianą nutę (chociaż jak dla mnie mocno ukrytą). Tylko ciut odbiega od pierwowzoru - albo moje mleko bardziej wodniste albo coś jest w przepisie nie do końca dobrze z proporcjami. Mam wrażenie, że ciasto zbyt mokre wyszło. Słabo dosyć rosło i strasznie łatwo mieszało się z herbacianą masą zamiast układać się w ładne warstwy. Dodatkowo czas pieczenia musiałem przedłużyć o prawie 20 minut bo po pół godzinie było jeszcze mokre w środku.
W każdym razie oto smakowity efekt nocnej walki:

A niebawem powtórka z rozrywki (a trochę zabawy z tym jest) i zobaczymy - może uda się uzyskać efekt lepszy wizualnie.

21 lut 2010

Na słodko i kokosowo

W ramach Czekoladowego Weekendu, jaki ogłosiła Bea podaję co ostatnio upiekłem.
Przepis wziąłem z książki "Złota księga czekolady", którą ostatnio "testuję". Nie powiem... przepisy są smakowite i nawet ja, nie będąc zbyt wielkim zwolennikiem słodyczy chętnie się za nie zabrałem. Dodatkowym plusem jest podana w książce trudność przepisu (wg mnie miejscami to ocena zawyżona) i czas produkcji, dzięki czemu mniej więcej wiemy na co się porywamy.

Ciasteczka kokosowe z polewą (w książce nazwane Kostkami kokosowymi z miętową polewą ale to kojarzy mi się z kostką rosołową a poza tym były małe kłopoty z "miętowością" więc nazwę zmodyfikowałem ;-) ).
Niestety zdjęcia brak bo materiał do ozdjęciowania rozszedł się zbyt szybko ;-). (No... fota powstała wreszcie - dodana na końcu)

Ciasto:
150 g mąki,
120 g wiórków kokosowych,
100 g cukru,
3 łyżki kakao (ja dałem 4),
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
1/8 łyżeczki soli,
180 g masła (ja dałem w większości margarynę bo masło "wyszło").

W misce dokładnie mieszamy wszystkie składniki sypkie i na koniec wrzucamy pokrojone w kostkę masło. Wyrabiamy (u mnie ręką ale zapewne można maszyną) do uzyskania równomiernie gruzełkowatej struktury i wykładamy do kwadratowej formy (bok 23-25 cm - ja metalową formę wyłożyłem papierem do pieczenia - stanowczo ułatwia to wyjęcie ciasta).
Pieczemy 25-30 minut (wg mnie 25 minut to max) w temperaturze 180 stopni. Wyjmujemy i zostawiamy w formie do wystygniecia.

Jak ciasto sobie stygnie przygotowujemy polewę.
250 g cukru pudru
60 ml wrzącej wody
Cukier rozcieramy z wodą - dodając ją po trochu aby uzyskać konsystencję polewy.

Na wystudzone ciasto nakładamy polewę i dajemy jej wyschnąć. Tniemy na kawałki i mniam :-).

Teraz parę uwag.
W przepisie polewa była miętowa. Dla mnie już sama mięta jest niezbyt ciekawa a jej połączenie z czekoladą ewidentnie mało ciekawe ale wielu osobom to odpowiada - m.in. mojej małżonce. W każdym razie wg przepisu do polewy należało dodać pół łyżeczki esencji miętowej. Esencji kupnej nie miałem ale już jakiś czas temu - właśnie ze względu na parę przepisów w połączeniu ze smakowymi zainteresowaniami drugiej połówki - popełniłem domową esencję miętową (200 ml wódki + 50 ml spirytusu + liście z ok. 10 gałązek mięty - stało to miesiąc w słoiku, codziennie wstrząsane parę razy, na koniec odsączyłem i wycisnąłem liście i został mi zielony, miętowy alkohol). I właśnie przy okazji kokosowego ciasta z polewą tą esencję domową przetestowałem. Dodałem 4 łyżeczki. Niestety efekt był nędzny. Zasadniczo zero miętowości. Przy jednym czy dwóch kawałkach coś z miętowego smaku zaistniało (widać esencja się nie rozprowadziła dokładnie w polewie i była skupiona w jednym miejscu) ale nie o to przecież chodziło. Następnym razem dam dużo więcej esencji - pewnie pół na pół z wodą - wtedy chyba powinno być OK.
Mam już też koncepcję na małą modyfikację. Samo ciasto kokosowe nie jest szczególnie słodkie (jak dla mnie jest wyborne) ale z tą polewą całość jest wręcz ulepkowata. Mam więc pomysł aby zrobić dwa blaty kokosowe a między nie dać masę z gorzkiej czekolady. Oczywiście na wszystko polewa z cukru :-). To powinno odrobinę "odsłodzić" ciasteczka.

edycja 22.02.2010
Dzisiaj wykonałem nową porcję ciasteczek i powstało zdjęcie:
Tym razem polewa wyszła miętowa. Esencji domowej użyłem ok. 35 ml. i dodałem gorącej wody. Dla kolorytu na wierzch poszedł dodatkowy lukier z zielonym barwnikiem.