11 sty 2014

Zakupy w supermarkecie

Wydawałoby się, że prosta sprawa... a jednak ileż ciekawych obserwacji mogą dostarczyć zwykłe zakupy :).
Z góry uprzedzę, że to moje obserwacje, żeby nikt nie czuł się niechcący urażony ;)

W Polsce normalną sytuacją było dla mnie skorzystanie z okazji gdy miałem wolny czas rano lub w środku dnia i pojechanie na zakupy. W supermarkecie pusto, spokojnie, do kasy jedna osoba - czyli sprawnie i szybko można było załatwić tygodniowe zapasy.
Tutaj, w kraju gdzie dużo jest bezrobotnych (co wcale nie oznacza, że pozbawionych pieniędzy), różnorakich zasiłkowców (zasiłek zwykle starcza na więcej niż głodowe przetrwanie miesiąca), emerytów z normalnymi (czyt. godnymi) emeryturami, czy też po prostu pracujących na części etatu, mamuś na wychowawczym itp, w kraju mocno też nastawionym na konsumpcję, nie brak chętnych na zakupy w ciągu dnia. Rano parking pod sklepem jest pełny (może nie jest to całkowity brak miejsc do parkowania ale mimo wszystko trzeba takowego chwilę poszukać). Jest na to oczywiście rozwiązanie :). Francuzi mają mocno zakodowane coś, co nazywam "porą karmienia" (najbardziej w tym temacie, ubawiła mnie opowieść pewnej pani, Polki, której mąż Francuz przez długie lata był w stanie prawie robić awanturę, gdy w południe nie było gotowego posiłku - aż wreszcie sam nauczył się gotować :) ). Jest "midi" (12-13:30) i wieczorny obiad. Korzystam zwykle z pory wieczornej - ok. 19:00-19:30 w sklepie nagle robi się pustawo (niezbyt się to sprawdza w mniejszych, bardziej lokalnych, sklepach - tam pusto robi się ciut później). "Midi" jest za to wygodne do załatwienia zakupów np. w aptece, w której normalnie można spędzić i pół godziny przy ledwo dwóch-trzech osobach oczekujących (w porze posiłku południowego zwykle nie ma ludzi starszych, tym bardziej przywiązanych do tradycji, a mocno przedłużających stanie w kolejce). Swoją drogą "pory karmienia" przydają się nie tylko w sklepach - to też np. najlepszy moment na jazdę samochodem w dłuższą trasę.
W każdym razie w supermarkecie wieczorne zakupy to czysta przyjemność.

Niezbyt dobrym pomysłem jest natomiast udanie się do takowego w sobotę (w niedzielę duże centra handlowe są raczej zamknięte). W Polsce też unikałem weekendowych zakupów, ze względu na tłok, ale tu tłok jest specyficzny. W sobotę duża część kupujących to arabskie rodziny... tak... całe rodziny. Zestaw w stylu mama, tata, piątka (albo więcej) dzieci + dziadek z babcią jest normą. Dzieci robią co chcą demolując otoczenie, tatusiowie rozmawiają między sobą, dziadkowie rozmawiają z tatusiami, babcie się snują albo wrzeszczą na dzieciaki, a mamusie zapełniają wózek. Masakra :). Najpiękniejszy widok jest gdy taka familia przychodzi do kasy. Sytuacja niewiele się zmienia, oprócz roli mamusi, która tym razem wystawia zakupy z wózka. Finalnie ojciec rodziny godnym gestem odsuwa żonę i dumnie płaci (jednak czujnie sprawdzając rachunek, czy na pewno nie należy zrobić jakiejś kontrolnej awantury).
Przy okazji, np. dziecięcy dział ubraniowy w takim dniu (zwłaszcza gdy są jakiekolwiek wyprzedaże) wygląda jak pobojowisko - nikt nawet nie wpada na pomysł odkładania na miejsce niepasujących ciuchów... przecież łatwiej rzucić na ziemię. No cóż... co kraj (czy kultura) to obyczaj ;).

Jedną z najbardziej dla mnie, nazwijmy to szokującą obserwacją, są puste półki - od wielu lat w Polsce właściwie niespotykane. W naszym supermarkecie naprawdę ciężko o sytuację gdy czegoś nie ma. Może nie być produktu konkretnego producenta ale zwykle jest innego. Tu może z tym być różnie. Na przykład na początku sezonu katarowego zostały wykupione wszystkie chusteczki... i półki przez dobry tydzień nie zostały uzupełnione - widać kolejna dostawa była przewidziana dopiero za jakiś czas i wszyscy trzymali się planu. Ogólnie trafienie na pustki, zwłaszcza moją ulubioną wieczorną porą, jest całkiem normalne. Nie wynika to oczywiście z braku towarów a jedynie z mentalności typu "przewróciło się, niech leży" - nikt się tym po prostu nie przejmuje
.
Tostów dzisiaj nie będzie :-/
Nosek smarkamy oszczędnie


Torby na śmieci...hmmm... OK, coś się dobierze ;)
Tego absolutnie nie jestem w stanie pojąć - jak można wykupić żarówki?

Jeszcze dwa "smaczki" zakupów w dużym sklepie.

Pierwszy - Ile razy spotkaliście się z sytuacją gdy szukani są rodzice zagubionego dziecka? 2-3 razy w całej "karierze" bywalca supermarketów? Tu na poszukiwania przez głośniki opiekunów zapłakanego małolata trafiam mniej więcej raz w miesiącu (robiąc zakupy 4-5 razy). Aż się boję, ile naprawdę razy się to dzieje, ale patrząc na to jak rodzice wchodząc do sklepu wpadają w amok zakupów i przestają kojarzyć co robi dzieciak, to te przypadki, które widziałem są jedynie małym procentem całości problemu.

Drugi - W Polsce zdarzyło mi się to raz przez około 20 lat, tutaj, w ciągu niecałego półtora roku, już trzy razy... podprowadzenie wózka przez innego klienta, który po prostu się pomylił. W dwóch przypadkach udało mi się złapać sprawcę w miarę od razu, ale raz zakupy znalazłem porzucone w drugim końcu sklepu (a były spore, więc miałem motywację do poszukiwań), gdzie wyraźnie "ogarnięty inaczej" tubylec wreszcie zauważył swój błąd (szkoda tylko, że przerosło go już wyprowadzenie wózka przynajmniej na główną alejkę).
Co jak co, ale na zakupach, oderwanie od rzeczywistości tutejszej ludności widać aż za dobrze.

Zupełnie dodatkową sprawą są pewne różnice w ustawieniach towarów ale to już chyba raczej ciekawostka bardziej hermetyczna ze światka marketingowców hipermarketowych ;).

Tak czy siak - polecam. Kupa zabawy bo w, wydawałoby się, jednym z najbardziej zestandaryzowanych miejsc, można bardzo dokładnie odczuć różnice między dwoma krajami.

11 gru 2013

Święto Świateł

Pomijając jakiś większy wstęp do nowego rozdziału bloga, przejdę od razu do aktualności ;)
Chińskie lampiony w parku Tete d'Or
Wracając przemarznięty wczoraj wieczorem ze Święta Świateł stwierdziłem, że napiszę... ale później :). "Później" nadeszło, a własne postanowienia należy spełniać (przynajmniej czasami).
Święto Świateł to coroczna grudniowa, weekendowa impreza lyońska ściągająca do miasta masę turystów, jak i wyciągająca z domów jego mieszkańców na wielogodzinne eskapady. Jak podają szeroko rozumiane media, to największa tego typu (światło i dźwięk) impreza na świecie - doczytałem o czterech milionach zwiedzających, co patrząc na zbity tłum na ulicach, jest prawdopodobne. Zasadniczo jest to jeden z pięknych przykładów jak tradycja związana z religią staje się "starą świecką tradycją" ;) - w ciągu parunastu lat ze stawiania świeczek w oknach zrobiono całkiem godny przemysł turystyczny. W całym Lyonie z tej okazji powstają dziesiątki instalacji świetlnych realizowanych przez bardziej i mniej znanych artystów, z zwiedzający tłum przewala się głównymi ulicami w oparach grzanego wina, zajadając się kebabem, goframi, naleśnikami i pieczonymi kasztanami z rozlicznych straganów. Co 100 metrów można też nabyć różne świecące gadżety - miecze świetlne, migające okulary czy też uszy - zasadniczo co kto lubi (albo na co kogo namówią).
Mini stragan na Bellecour. Świecące rogi są cool.
Szczerze mówiąc, rok temu było ciekawiej mimo o wiele gorszej pogody (zwiedzanie z dzieciakami przy, co jakiś czas, zacinającym deszczu ze śniegiem jest dosyć... hmmm... kontrowersyjne ;) ). Teraz, co prawda, było około zera, ale nic na głowę nie kapało, jednak też nic nie powalało jakoś szczególnie na kolana. Kryzys jakiś, czy co? Za najlepszy kawałek sztuki uznałem "chińszczyznę" z parku Tete d'Or - świetnie połączoną z miejscem wystawienia, w przeciwieństwie do reszty, którą widziałem. Bo reszta... no cóż... widać ogrom pracy i kasy wpompowanej, a niestety nie widać jakiegoś szczególnego pomysłu na wkomponowanie tego w otoczenie - łącznie z instalacjami ewidentnie opartymi na lokalnej architekturze. Takim słabym, jak dla mnie, elementem był np. pokaz mappingu 3D na fontannie na Place des Jacobins, gdzie centralnie stoją baraki ekip remontowych (jest spore prawdopodobieństwo, że nie miało ich być... tylko jak zwykle się nie udało zdążyć z końcem remontu :) ).
Tak czy siak, mimo grabiejących palców, popełniłem parę fotek.

Chińska instalacja w nocy. Walka o obronę statywu z aparatem była ciężka ;)
Lampiony za dnia też robiły wrażenie.
Świecące lotosy. Standardowo, budynek w tle, to wypożyczalnia rowerów wodnych.
Rue de la République - iluminacja jak w wielu miastach. Jak na taką fetę, to nie wyrywa z trzewików.
Plac Bellecour - niestety projektant nie wpadł na to, że największy balon zasłoni część spektaklu wielu osobom.
Saona
Bazylika Notre-Dame de Fourvière niczym z Disneya.
Ściana z ludźmi. Instalacja ciekawa... niestety schowana w uliczkach, przez co widziana tylko przez małą część zwiedzających.
Nad Rodanem z mroku wyłaniają się świecące wieże.
Tak przy okazji zrobiłem nocny widoczek znad Saony, uznając go za mocno magiczny, w przeciwieństwie do dużej części "radosnej tfurczości" wystawionej w ramach Święta Świateł..

4 gru 2013

Blogerowy powrót z zupełnie innego miejsca

Po zawieszeniu działalności grubo ponad rok temu, nawet nie przypuszczałem, że wrócę dalszym ciągiem tematu z ostatniego postu.
Ot... nagle, w samym końcu października, znalazłem się chwilowo w Warszawie (o tym dlaczego "chwilowo" to potem) i siłą rzeczy przeszedłem obok Legii. Żeby nie było "a nie mówiłem" ;) - po prostu tak to jest. Knajpa, która miała być tylko na Euro i z tego powodu była klasyczna prowizorką, oczywiście została w stanie praktycznie niezmienionym i aktualnie robi za Bar Legion. Błoto na wejściu to samo, parkingu "meczowego" nie ma - klasyczny luzik organizacyjny - w sumie ważne, że pewnie, jak zwykle, ktoś tu zarobił.
Ewolucja nie nastąpiła.
To taki, na marginesie nowych tematów, obrazek z polskiego podwórka, które jak widać jest niezmienne i łatwo przewidywalne. Dalszy ciąg powrotu blogowego będzie (przynajmniej głównie) traktował o innych sprawach :). Teraz, po ponad rocznym pobycie we Francji, w Lyonie, chcę coś napisać o tym miejscu - często tak innym od Polski i często dla nas mocno niezrozumiałym. Sam się przez ostatni czas co chwila łapałem na myśli "Przecież to niemożliwe", a pełne powątpiewania reakcje znajomych gdy im opowiadałem tutejsze historie ("Co ty opowiadasz, przecież to zachód i cywilizacja") tylko mnie upewniły, że warto temat francuski ująć w tym, na jakiś czas zapomnianym, blogu. Będzie to też trochę dla tych, co przestali wierzyć w nadwiślański kraj - otóż powiem Wam... nie traćcie wiary ;). Polska, patrząc z tutejszej perspektywy, to piękny kraj, pełen nowoczesnych rozwiązań i posiadający bardzo pracowitych, wyedukowanych, kulturalnych i otwartych obywateli (niestety ciągle robionych na szaro przez małą grupkę, szeroko pojętych, "trzymających władzę", wykorzystujących typowo polski brak wiary w siebie i własne możliwości).
Oczywiście wszystko będzie moimi oczami widziane, więc jeśli gdzieś trafi się, że "to wcale nie jest tak, jak wygląda", to oczywiście chętnie poznam inne wersje odbioru rzeczywistości ;). Dodatkowe pytania też są mile widziane - chociaż na niektóre na pewno nie odpowiem.
Tak więc... do roboty :)
Lyon - widok z "jedynki" na drugi brzeg Rodanu.

25 maj 2012

Bo mistrzem Polski jest... ;)

Elegancki widok na stadion.
Tutaj, lokalnie, wszyscy wiedzą - przynajmniej ze słyszenia (jak pod oknami przechodzi rozśpiewana grupa to wiedzą nawet śpiący) - kto mistrzem jest. Lokalnie także z obserwacji widać, że na pewno mistrzowie w kombinacji tu działają ;). Kiedyś (jak kończyła się przebudowa obiektu) rozdawali gruz (wiadomo... oszczędności ;) ). Teraz, po półtora roku znaleziono nowe zastosowanie dla placu za stadionem. Będą ogródki piwne i tor dla quadów. Brawo, brawo - grunt to zdrowa zwałka na terenie sportowym :).
Ogólnie wygląd klasyczny - minimum inwestycji, syf, rozryty piach, pordzewiałe i powyginane ogrodzenie i... wypieszczony stadion PEPSI ARENA w tle.
Dlaczego mnie to, delikatnie mówiąc, zbulwersowało? Bo przecież niby fajnie - będzie gdzie skoczyć na piwko wieczorową porą (na pewno w wesołym towarzystwie ;D ). Tylko, z tego co pamiętam, ten teren był przewidziany jako minimalny parking dla stadionu (w momencie gdy z planów wyleciała część parkingów w samej koronie). Aktualnie zresztą był jako parking używany podczas meczy i innych imprez, co przynajmniej odrobinę zmniejszało dewastację okolicy przez zmotoryzowanych kiboli (bo kulturalny kibic chyba nie rozjeżdża masowo trawników i nie zastawia śmietników czy podjazdów na okolicznych osiedlach).
Zobaczymy co pokaże czas i co z tego wyniknie. Jak znam nasze polskie możliwości, to ta prowizorka będzie tu straszyła przez najbliższe parę lat a nawalona klientela będzie sypiać na ławkach w parku obok. No ale przynajmniej może straż miejska, mająca swoją siedzibę na przeciwko, wreszcie będzie miała coś do roboty ;).

Chmielaki podstadionowe

Czekam na pierwszy deszcz i widoki jak z Woodstock ;)

8 kwi 2012

To ja życzę :)


Wszystkim spokojnych, wesołych, z jajem (lub nawet parą ;) ), z mokrym prześcieradłem w poniedziałek, bez trupa w szafie, bez kraksy, bez pijanych kiboli i ogólnie pozytywnych Świąt życzę ja. A, że żem pozawijał taką jedną wydmuchę, to i też obrazek jest :)