Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

25 maj 2012

Bo mistrzem Polski jest... ;)

Elegancki widok na stadion.
Tutaj, lokalnie, wszyscy wiedzą - przynajmniej ze słyszenia (jak pod oknami przechodzi rozśpiewana grupa to wiedzą nawet śpiący) - kto mistrzem jest. Lokalnie także z obserwacji widać, że na pewno mistrzowie w kombinacji tu działają ;). Kiedyś (jak kończyła się przebudowa obiektu) rozdawali gruz (wiadomo... oszczędności ;) ). Teraz, po półtora roku znaleziono nowe zastosowanie dla placu za stadionem. Będą ogródki piwne i tor dla quadów. Brawo, brawo - grunt to zdrowa zwałka na terenie sportowym :).
Ogólnie wygląd klasyczny - minimum inwestycji, syf, rozryty piach, pordzewiałe i powyginane ogrodzenie i... wypieszczony stadion PEPSI ARENA w tle.
Dlaczego mnie to, delikatnie mówiąc, zbulwersowało? Bo przecież niby fajnie - będzie gdzie skoczyć na piwko wieczorową porą (na pewno w wesołym towarzystwie ;D ). Tylko, z tego co pamiętam, ten teren był przewidziany jako minimalny parking dla stadionu (w momencie gdy z planów wyleciała część parkingów w samej koronie). Aktualnie zresztą był jako parking używany podczas meczy i innych imprez, co przynajmniej odrobinę zmniejszało dewastację okolicy przez zmotoryzowanych kiboli (bo kulturalny kibic chyba nie rozjeżdża masowo trawników i nie zastawia śmietników czy podjazdów na okolicznych osiedlach).
Zobaczymy co pokaże czas i co z tego wyniknie. Jak znam nasze polskie możliwości, to ta prowizorka będzie tu straszyła przez najbliższe parę lat a nawalona klientela będzie sypiać na ławkach w parku obok. No ale przynajmniej może straż miejska, mająca swoją siedzibę na przeciwko, wreszcie będzie miała coś do roboty ;).

Chmielaki podstadionowe

Czekam na pierwszy deszcz i widoki jak z Woodstock ;)

14 sie 2011

Nocne z policją rozmowy.

Niedawno, wracając z wieczornego "wyjścia na miasto" spotkałem patrol policji stojący z radarem na Wisłostradzie. Jeden z funkcjonariuszy mierzył szybkość, drugi dzielnie pałaszował kanapkę oparty o radiowóz. Pora późna była, samochodów mało a kierowcy wyjątkowo przepisowi więc i roboty panowie nie mieli zbyt wiele. Stwierdziłem, że popatrzę jak to działa nie siedząc za kółkiem. Stanąłem w pewnej odległości i "zwiedzałem". Dziesięć czy piętnaście samochodów później, ponieważ nic się nie działo, podszedłem i zapytałem się dlaczego nie zatrzymali kierowcy co nie miał jednego światła. Odpowiedź... "Nie zauważyliśmy" :). Jak zacząłem drążyć temat to ten od kanapki stwierdził, że przecież "Panu też byłoby przykro gdyby mu wlepiono mandat za brak światła - przecież każdemu może się zdarzyć". Noż ludzie! Jak w tym kraju ma się cokolwiek zmieniać? Jak niby ma się ucywilizować to co dzieje się na drogach, jeśli odpowiedzialni za edukacje patrzą na wszystko przez palce. Już z samych nudów bym na ich miejscu zatrzymywał profilaktycznie co któryś samochód, nie wspominając już o takim co się sam podkłada. Nawet nie po to, żeby od razu dawać mandat ale żeby pouczyć - często taki kierowca nawet nie wie, że nie ma światła. Wystarczyłoby zwrócić uwagę, wpisać do bazy i jeśli sprawa się powtórzy to wtedy rzeczywiście bezlitośnie kazać płacić.
Zasadniczo po dłuższej rozmowie wyszło na to, że oni wręcz się boją zatrzymać taki samochód bez światła. Bo to tak błahe przewinienie, że kierowca mógłby być na nich zdenerwowany (przecież się pewnie śpieszy do domu albo coś - "wie pan, trzeba człowieka zrozumieć"), a i nigdy nie wiadomo czy to nie jakaś szycha i zdenerwowanie nie przemieni się np w skasowanie premii.
Kurcze, pamiętam, że dawniej bywałem zatrzymywany do takich kontroli "na wszelki wypadek", a od ładnych paru lat nie ma takich sytuacji. Może rzeczywiście jest coś na rzeczy z tym ich strachem przez kontrolowaniem?

A dodatkowo inny przykład patrzenia przez palce na sprawy samochodowe:
Sama rdza, tablica wisi, klapa sklejona taśmą - tyle co widać tylko z tyłu. Może się mylę ale jakoś brak mi wiary, że ten samochód jest sprawny i normalnie mógł przejść badania techniczne.
Kto przybił pieczątkę w dowodzie tego samochodu? Czy było to takie samo podejście jak policjanta, czyli "trzeba człowieka zrozumieć". Czy i do jednych i do drugich dopiero cokolwiek dotrze jak ktoś zginie? Oczywiście, teoretycznie ten samochód może być mechanicznie sprawny... ale trochę takich pojazdów widziałem i rzadko było wszystko OK. Tu dla mnie wystarcza to, że jeśli właściciel tak bardzo nie dba o pojazd w widocznych miejscach to i w niewidocznych może być tak samo.

7 lip 2011

Na końcu świata

Heh... wyła dwumiesięczna przerwa w pisaniu, to już lekka przesada i trzeba się będzie poprawić ;).
W Warszawie wreszcie się rozjaśnia. Dziś rano jeszcze, jadąc przez miasto, miałem w pewnym momencie wrażenie znalezienia się w jakiejś japońskiej mangowej opowieści, gdzie miejski moloch jest cały czas spowity siąpiącym deszczem a ludzie są nijacy od otaczającej szarości. I pomyślałem sobie o miejscu odwiedzonym tydzień temu co od razu dodało mi słońca i radości. Otóż pomyślałem o Zwierzynieckim Rogu na Mamrach.
W ramach dziwnych pomysłów ostatnio trochę czasu poświeciłem na zdobycie nowej umiejętności – żeglowania, co zakończyło się tygodniowym rejsem po Mazurach i między innymi odkryciem pewnej knajpy na końcu świata. I jak na koniec świata przystało, miejsce to jest zadziwiająco magiczne i pełne normalności zarazem. Atmosfera domowa i knajpiana jednocześnie. Wielkie ukłony dla Pani Iwony, która to miejsce tworzy. Dla mnie było to odkrycie niesamowite, oczywiście przy okazji (a czemu by nie ;) ) połączone z kolejnym potwierdzeniem tego, że świat jest jak łepek od szpilki – spotkałem znajomego znanego głównie z urodzin innego znajomka... a właśnie tegoż znajomka był to dzień urodzin. Jak widać, pewne rzeczy mają swój określony porządek ;).
Na zdjęciach lokal w całej okazałości (no... nie w całej, foty z komórki i wszystkiego nie dało się zrobić). Jak wszedłem tam to moja szczęka z łoskotem uderzyła o podłogę. Następna wizyta obowiązkowo z dzieciakami :).






24 mar 2011

Turystyka gastronomiczna czyli Eurogastro 2011

W ramach wolnej chwili, wczoraj pozwiedzałem targi gastronomiczne. Międzynarodowe co jak co. W sumie dla przeciętnego zjadacza chleba to było tam niewiele, bo to bardzo branżowa impreza ale też nudne to nie było. Parę fotek poniżej.
Pan z obsługi. Tak jego jak i właścicieli stoiska mało obchodziło, że pląsy z odkurzaczem wyglądają fatalnie ;)
Rachu-ciachu czyli wycinanki w arbuzach. Zwłaszcza mistrz carvingu pośrodku jest konkretny :).
Co jak co , cuda-wianki wycinali.
Lada z plastikową zawartością. Patrząc na to co w takich ladach leży w sklepach to różnica niewielka.
Młody! Do roboty! ;). Widać, że niektórzy się mocno starali.
Dla mnie bomba :) - mini browar.
W czasie targów - mistrzostwa baristów. Pooglądałem z zainteresowaniem - głównie pracę sędziów (tu widać dwójkę z chyba siedmiu osób sędziujących - ci są techniczni).
Umiecie gotować z kimś, kto zagląda przez (a raczej pod) ramię? Tu jest na czas.
Panowie sędziowie sensoryczni. Smakują i notują a potem oceniają.
Kawa musi być perfekcyjna! (niestety nie pamiętam jak nazywa się zawodniczka)
Tu była pokazywana jakaś poważniejsza technologia. Raczej niezbyt dla domu ;)
Włoch robi w makaronach :)
A tak na targowym marginesie to klasyka po polsku.
1. Parking - 15 zeta za to co stałem. Byłem 2 h z kawałkiem - za każdą rozpoczętą godzinę 5 zł. Szkoda myśleć o tych co byli dłużej (chociaż oczywiście to przecież targi "na bogato" - ale tak czy siak widać tu chęć zarobienia "na chama"). Oczywiście brak innych opcji parkowania bo miejsce targowe jest postawione tam gdzie nie ma żadnych możliwości parkingowych w okolicy (i tak nie było miejsc na parkingu dla gości i zostałem odesłany na jakieś zaplecze). To zresztą kolejna akcja parkingowa przy warszawskich targach jaką zwiedziłem ostatnio - tu po prostu nikt nie myśli budując takie centrum, jak ma to działać.
2. Akcja "Kibel" - upsss... współczuję wystawcom (zwłaszcza na tych, gastronomicznych, targach) mającym stoiska obok toalet. Delikatnie mówiąc "waliło" na parę metrów od drzwi do przybytku (a to sam początek imprezy był).
3. "A bo pani kochana, tu świetne te soki są!" - godzina 9:50 - nawaleni prześlicznie panowie elegancko przemykający się w tłumie oczekujących na otwarcie bramek. Wszystko fajnie, ja tam nie mam nic przeciwko. Tylko, że już na wstępie panom się udało zdemolować odrobinę jakąś reklamę a później z tego co zauważyłem już głównie się trzymali sztywniejszych elementów dekoracji. Poziom iście targowy - czyżby "restauratorzy" z któregoś cepeenu?
4. Nagłośnienie - to jakaś klasycznie polska porażka. Tu żadnej imprezy nie da się zrobić sensownie bo jeden przekrzykuje drugiego. W przypadku Eurogastro to mimo, że iluś wystawców miało własne pokazy (z własnym, lokalnym nagłośnieniem) to i tak nad wszystkim co chwila brzmiały słowa "prowadzącego".
Ogólne wrażenie dobre - mimo wszystko :). Niestety mogłem być dosyć krótko przez co nie potestowałem zbyt wiele.

9 lis 2010

Mistrzostwo świata ;-)

Płot terenu warszawskiej Legii. Budowa nowoczesnego stadionu. Jeden z bogatszych klubów sportowych. Na dokładkę budowa w dużej części sponsorowana przez miasto co już jest mistrzostwem kombinacji.
W każdym razie takiego napisu ciężko się spodziewać w takim miejscu... ale jest. Jak widać niektórzy potrafią się "nieźle" ogarnąć i nie tylko poskąpić na parkingi (których brak) ale jeszcze przyoszczędzić nawet na wywózce gruzu. Jak to było?... Aha!: "Oszczędzają bogaci, nam też się opłaci" :-D


28 paź 2010

Ręce opadają momentami.

Zapewne można by powiedzieć "jaka uczelnia tacy studenci". Prowokuje to też domysł "jaka uczelnia tacy jej absolwenci" - niestety.
W każdym razie coś, co nazywa się uczelnią a nie potrafi wypracować własnego wizerunku i tylko bazuje na renomie Uniwersytetu Warszawskiego (UW) nie może być dobre. Najbardziej rozłozył mnie na łopatki skrót "UW im. MS-C" - brzmi dumnie :-D.
No cóż... jaka uczelnia takie ambicje jej studentów - jak widać tych co wychodzą z założenia "płacę więc będę miał dyplom" jest całkiem sporo.

Wiem... czepiam się ;-)

9 wrz 2010

Zerówka po polsku czyli jak legalnie eksperymentować na dzieciach.

Klasyka - dziecię poszło do zerówki, tak promowanej przez ministerstwo - czyli zerówki w szkole.
Cóż... Już na pierwszym zebraniu wylazło absolutne nieprzygotowanie programowe (czyli takie odgórne) do obsługi maluchów. Wyszły najprostsze rzeczy - ot pierwszy przykład... Starsze dzieciaki picie mają swoje (przynoszą z domu). Niestety z sześcioletnim obywatelem niespecjalnie to działa więc - taaa dam! - dzieci mają wiadro (!) z herbatką i kubeczki. Wiadro postawione na stoliku w klasie. Nikt nie wpadł na to, że dzieci w zerówce nie siedzą w ławkach tylko większość czasu w ten czy inny sposób się bawią (taka jest podstawa programowa - zresztą klasycznie równająca w dół, bo tak łatwiej). W każdym razie wiadro na stoliku ma duże szanse dać efekt "wiadra na podłodze" podczas bardziej energicznej zabawy. Ale pomyśleć o tym? A po co? Przecież w ministerstwie są ważniejsze sprawy (na pewno). Można powiedzieć, że to problem szkoły. Niby tak - tylko szkoła niestety nie ma żadnej opcji kupna jakiegoś systemu do wody z butli. Nie ma, bo nikt o tym nie pomyślał (podejrzewam, że nikt z decydentów ministerialnych nie był tak naprawdę w zerówkach zobaczyć jak to działa, a wiekowo to zwykle ludzie, którzy własne dzieci już dawno odchowali, albo ich nigdy, co gorsza, nie mieli) i nie ma na takie coś pieniędzy. Sprawa kończy się tym, że każda klasa zerówkowa (czy też pierwszakowa - bo to też często dzieciaki co własnej butelki nie będą nosić) załatwia to sama - oczywiście na boku, dzieląc się kasą między rodzicami itd. Żałość i wstyd.
Druga sprawa - religia. Niby nie obowiązkowa ale oczywiście w środku dnia żeby jak najtrudniej było się z niej wymiksować. Na dokładkę 2 godziny tygodniowo - bo są ministerialne wytyczne. I nie da się zamiast jednej godziny zrobić innych zajęć nawet jeśli wszyscy tego chcą. Nie bo nie. A patrząc na inne zajęcia dodatkowe to hmm... religia jest promowana. Plastyki ledwo jedna godzina i to w piątek po południu (na koniec dnia). Brak rytmiki, gimnastyki itp. Jakoś wydaje mi się, ze gimnastyka czy plastyka bardziej niż religia potrzebna jest szesciolatkowi - zwłaszcza, ze w kwestii religii to klasyczne wbijanie do głowy opowieści o tym, że Jezus to taki czarodziej był co go źli ludzie zabili (tak, tak - właśnie to dziecko zapamiętało) bez opcji "własne zdanie".
I nie chodzi mi o walkę z nauką religii - chociaż powinno się to nazywać nauką katolicyzmu bo o innych religiach nie ma mowy. Niech sobie będzie. Ale niech będzie szansa na to, żeby rodzice mieli szanse odrobinę decydować. Bo niby można dziecka na religię nie posłać - tylko wtedy dzieciak wyląduje na godzinę jako klasyczny outsider (bo większość na religię chodzi - nawet jeśli rodzice naprawdę mają zero wspólnego z kościołem i nawet niedzielną mszą co uważam za szczególnie chore). Gdyby to było jako ostatnie zajęcia - proszę bardzo. Gdyby była możliwość obcięcia zajęć o godzinę - no bomba. Ale tak to jest klasyczna dyktatura betonu co chce do siebie równać całą resztę :-(.
Kolejna sprawa - priorytety szkoły. Zerówka jest na ostatnim miejscu. Sala gimnastyczna - najpierw starsze klasy. Boisko - to samo (no, zerówka ma wydzielony placyk zabaw - ale w piłkę tam nie pograją). Tak samo wszystko inne. Jest ten sam korytarz dla wszystkich dzieciaków więc zerówkowicze siedzą w klasie "na sztywno". Nie obowiązują ich dzwonki - ale to nie oznacza, że ich nie ma, bo dzwonek jest taki, żeby nawet w piwnicy truposz wstał.
Tak można wymieniać jeszcze sporo rzeczy. Zasadniczo kosa się w kieszeni otwiera jak się zerknie dokładniej na polskie rozwiązania systemowe. A właściwie na to, że tych rozwiązań brak. Są tylko jakieś pseudo zalecenia i wizje ministrów mające się nijak do rzeczywistości. Mające się też nijak do rozwiązań stosowanych w krajach gdzie np. system zerówki w szkole istnieje od "wieków". I nijak się mające do pieniędzy przeznaczanych na te "wizje". Właśnie dlatego religia jest o takiej a nie innej godzinie - bo kościół dużo dokładniej pomyślał nad rozwiązaniami i wymusza pewne rzeczy odgórnie - wg dawno ustalonych reguł a państwo nie jest w stanie załatwić najprostszych rzeczy - głownie dzięki temu, że zatrudnia do ich teoretycznego rozwiązywania bandę co jak co, po prostu, matołów (których produkcję państwo cały czas promuje).
No... i tyle z pierwszych wrażeń szkolnych. Na pewno niebawem będzie ich więcej bo każda wizyta w tym przybytku wiedzy podnosi mi odpowiednio ciśnienie :-/. Heh... rozpisałem się.

17 cze 2010

Wróżka pomoże :-)

Delikatnie położyło mnie na łopatki ogłoszenie, które zauważyłem na skrzynce elektrycznej na ulicy. Wiadomo, takie miejsce to głównie "skrzynka reklamowa" dla wszelkiej maści mycia okien, sprzątania i np. wróżek.
Zaintrygowała mnie głównie ostatnia umiejętność wróżki. Tajemnica jest - a to w tym fachu się liczy chyba najbardziej - jak widać, wszystkie karteczki z telefonem dawno oderwane.

10 cze 2010

Tralalala idzie fala. Czyli jak powódź rozmiękcza nie tylko wały ale i umysły.

 Jako, że temat powodzi jest, że tak powiem, na fali to też pozwolę sobie na odnotowanie tego wydarzenia. Wszyscy w kółko nawijają głównie o umacnianiu wałów, zalanych domach, tragediach konkretnych ludzi. Burmistrzowie, prezydenci i politycy biegają po wałach i udają, że coś tym wnoszą do sprawy. A ja sobie o troszkę czym innym.
Otóż jesteśmy w stolicy. W prawie samym centrum - Cypel Czerniakowski. Tu podczas pierwszej fali nastąpiło osunięcie ziemi (może nie tak dramatyczne jak w Porcie Praskim ale tak czy siak były to właściwe jedyne dwa wydarzenia w samej Warszawie). Na cypel prowadzi uliczka Zaruskiego - mała, ułożona w większej części z płyt betonowych. No... ale prowadzi na wał. Zrozumiałe jest, że od razu została odcięta i nie ma na nią wjazdu (na Cyplu jest klub sportowy więc część osób na pewno wjechać może). Zrozumiałe jest, że ktoś tego wjazdu musi pilnować. A że tuż obok są biura i "koszary" Straży Miejskiej to wiadomo już kto pilnuje. I mamy taki oto obrazek:

Od razu widać jak ślicznie Straż Miejska potrafi się zorganizować. Oto wjazdu na strategiczny kawałek wału strzeże mocna ekipa - duży samochód, 3 strażników (być może jeszcze czwarty siedział w środku) a do tego doszło jeszcze 2 policjantów. Ilość strażników jest zmienna (czasem jest dwóch) ale samochód stoi cały czas.
Wystarczyłoby postawić jednego strażnika i dać mu dwa "pachołki" do zastawienia wjazdu ale jak by to wyglądało w statystykach? A tak - proszę bardzo - już można odnotować, że Straż Miejska do walki i zabezpieczania powodzi użyła tego samochodu i iluś ludzi. A w to, że samochód po prostu przestawili z parkingu, który jest tuż obok nikt nie będzie wnikał po powodzi - przecież nikt tego nie sprawdzi. Ale kasę będzie można pobrać, premie popłacić. Ciekaw jestem ile takich sytuacji jest w skali kraju - bo mam wrażenie, że cała masa.
I jak dla mnie to byłbym za radykalnym karaniem tego typu zachowań. Jeśli w czasie gdy ci panowie sobie tam stali i popalali papieroski się cokolwiek komuś złego stało (został napadnięty, pobity itp) to po prostu komendant co ich tak sprytnie ustawił powinien odpowiedzieć co najmniej stanowiskiem bo to, że strażnicy się często obijają to wiadomo ale ta akcja to naprawdę przesada i chamskie wykorzystywanie sytuacji jaką dała powódź.

Inną sprawą równie kosmiczną jest filmik o tym, jak dobry gospodarz, prezydent Wrocławia ratuje miasto od powodzi:

Pan Dutkiewicz się wytłumaczył, że to nie on, że to urzędnik. Pogratulować urzędasa w takim razie. Tylko, że widać też na filmie, że prezydent sie jednak tak czy siak lansował jak mógł podczas powodzi. A to, że potem te filmy użyto podobno bez jego wiedzy w ten sposób i z tą muzyką? Och... taki tam malutki błąd.
No coż, niektórzy potrafią sobie strzelić w stopę :-).

Ot... takie moje powodziowe dygresyjki. A teraz można sobie zaśpiewać "Płynie Wisła, płynie". Tak, dla utrwalenia.

27 maj 2010

Zużyty olej silnikowy czyli ekologia po polsku.

Jestem, żyję ;-). Mała przerwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A wiele się podziało w międzyczasie.
No ale na razie klasyka - czyli polskie realia.
W ramach szeroko rozumianego "performancu" zająłem się dosyć zaniedbaną działką. Trochę wycinania, trochę zabawy w działkowca-sadownika (bardzo jestem ciekaw co z tego wyniknie) i główne danie czyli koszenie trawy. Masakra (to koszenie). Trawa i różne zielska po pas. Ale cóż czynić... chce się żeby było w miarę użytkowo to trzeba zadbać.
Kupiłem kosiarkę. Spalinową. Po dłuższej walce nawet udało mi się ją poskładać do kupy ;-). I pokosiłem. Jak to z silnikami spalinowymi bywa musi się taki silnik dotrzeć. I po pierwszych 4-5 godzinach należy wymienić olej. Tak jak w samochodzie - odkręcamy śrubkę i olej wylata.
Brawo, brawo (dla mnie głównie - za to, że operację udało mi się przeprowadzić prawie nie oblewając się gorącym olejem). Podstawiłem garnek i zebrałem zużyty olej po czym przelałem go do butelki. Jak na razie wszystko gra. Świeży olej w silniku, stary w butelce.
Ale olej silnikowy to nie byle co. Należałoby go zutylizować w cywilizowany sposób (wiem, wiem... dla wielu osobników w tym kraju jest to trudne do zrozumienia i leją go gdziekolwiek). Na logikę olej powinien przyjąć każdy sprzedawca oleju - tak jak zużyte baterie, akumulatory samochodowe, żarówki, pralki, lodówki itp. Zwłaszcza, że taki litr oleju jest raczej bardziej szkodliwy dla środowiska niż zwykła żarówka. I co? I dupa.
Pojechałem ja na stację Orlen. Taką przy trasie przelotowej przez miasto. Niestety oni oleju nie przyjmują. Nie mają pojemnika i nie wiedzą gdzie można olej oddać. Baaa... pracownik stacji radośnie pokazał mi na zwykły kosz i powiedział, że tam mogę wywalić. Groza. To samo na następnym Orlenie.
Lekko zirytowany pojechałem do domu i zacząłem zgłębiać sprawę w Internecie. Jak zauważyłem od razu, nie tylko ja miałem taki problem.
Okazuje się, że co do oleju to mamy chyba jakąś dziwną lukę w prawie i tak naprawdę nie ma żadnego obowiązku przyjęcia go przez sprzedawców (a dla stacji benzynowej nie byłoby to specjalnym problemem - oleju i tak raczej mało by dostawali więc raz na miesiąc mógł by być taki pojemnik odbierany). Irytujące jest to zwłaszcza na stacji koncernu takiego jak Orlen.
Ciekaw jestem jak jest na wsi - bo nie wierzę, że rolnik jeździ traktorem czy kombajnem do stacji obsługi, żeby olej wymieniać. I pewnie jeśli nie ma specjalnego pieca a pobliskie stacje nie przyjmują to wylewa ten olej w krzaki bo nie będzie się bawił w szukanie rozwiązania ekologicznego.
W sumie klasyka - ręce opadają gdy się pomyśli, że za śmieszne pieniądze można by było ciut oczyścić nasze otoczenie i że tak naprawdę wystarczyłaby odrobina dobrej woli i pomyślunku. Ale wiem... o to u nas najtrudniej.
I właściwie nie wiem po co taki TVN nawija w kółko o plamie ropy w Ameryce jak tu i tak wszyscy mają to gdzieś i sami sobie produkują powolutku taką małą, lokalną, cichutką plamkę.
Dzisiaj jeszcze sprawdzę Statoil bo mam po drodze.