Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zuo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zuo. Pokaż wszystkie posty

14 sie 2011

Nocne z policją rozmowy.

Niedawno, wracając z wieczornego "wyjścia na miasto" spotkałem patrol policji stojący z radarem na Wisłostradzie. Jeden z funkcjonariuszy mierzył szybkość, drugi dzielnie pałaszował kanapkę oparty o radiowóz. Pora późna była, samochodów mało a kierowcy wyjątkowo przepisowi więc i roboty panowie nie mieli zbyt wiele. Stwierdziłem, że popatrzę jak to działa nie siedząc za kółkiem. Stanąłem w pewnej odległości i "zwiedzałem". Dziesięć czy piętnaście samochodów później, ponieważ nic się nie działo, podszedłem i zapytałem się dlaczego nie zatrzymali kierowcy co nie miał jednego światła. Odpowiedź... "Nie zauważyliśmy" :). Jak zacząłem drążyć temat to ten od kanapki stwierdził, że przecież "Panu też byłoby przykro gdyby mu wlepiono mandat za brak światła - przecież każdemu może się zdarzyć". Noż ludzie! Jak w tym kraju ma się cokolwiek zmieniać? Jak niby ma się ucywilizować to co dzieje się na drogach, jeśli odpowiedzialni za edukacje patrzą na wszystko przez palce. Już z samych nudów bym na ich miejscu zatrzymywał profilaktycznie co któryś samochód, nie wspominając już o takim co się sam podkłada. Nawet nie po to, żeby od razu dawać mandat ale żeby pouczyć - często taki kierowca nawet nie wie, że nie ma światła. Wystarczyłoby zwrócić uwagę, wpisać do bazy i jeśli sprawa się powtórzy to wtedy rzeczywiście bezlitośnie kazać płacić.
Zasadniczo po dłuższej rozmowie wyszło na to, że oni wręcz się boją zatrzymać taki samochód bez światła. Bo to tak błahe przewinienie, że kierowca mógłby być na nich zdenerwowany (przecież się pewnie śpieszy do domu albo coś - "wie pan, trzeba człowieka zrozumieć"), a i nigdy nie wiadomo czy to nie jakaś szycha i zdenerwowanie nie przemieni się np w skasowanie premii.
Kurcze, pamiętam, że dawniej bywałem zatrzymywany do takich kontroli "na wszelki wypadek", a od ładnych paru lat nie ma takich sytuacji. Może rzeczywiście jest coś na rzeczy z tym ich strachem przez kontrolowaniem?

A dodatkowo inny przykład patrzenia przez palce na sprawy samochodowe:
Sama rdza, tablica wisi, klapa sklejona taśmą - tyle co widać tylko z tyłu. Może się mylę ale jakoś brak mi wiary, że ten samochód jest sprawny i normalnie mógł przejść badania techniczne.
Kto przybił pieczątkę w dowodzie tego samochodu? Czy było to takie samo podejście jak policjanta, czyli "trzeba człowieka zrozumieć". Czy i do jednych i do drugich dopiero cokolwiek dotrze jak ktoś zginie? Oczywiście, teoretycznie ten samochód może być mechanicznie sprawny... ale trochę takich pojazdów widziałem i rzadko było wszystko OK. Tu dla mnie wystarcza to, że jeśli właściciel tak bardzo nie dba o pojazd w widocznych miejscach to i w niewidocznych może być tak samo.

9 lis 2010

Mistrzostwo świata ;-)

Płot terenu warszawskiej Legii. Budowa nowoczesnego stadionu. Jeden z bogatszych klubów sportowych. Na dokładkę budowa w dużej części sponsorowana przez miasto co już jest mistrzostwem kombinacji.
W każdym razie takiego napisu ciężko się spodziewać w takim miejscu... ale jest. Jak widać niektórzy potrafią się "nieźle" ogarnąć i nie tylko poskąpić na parkingi (których brak) ale jeszcze przyoszczędzić nawet na wywózce gruzu. Jak to było?... Aha!: "Oszczędzają bogaci, nam też się opłaci" :-D


28 paź 2010

Ręce opadają momentami.

Zapewne można by powiedzieć "jaka uczelnia tacy studenci". Prowokuje to też domysł "jaka uczelnia tacy jej absolwenci" - niestety.
W każdym razie coś, co nazywa się uczelnią a nie potrafi wypracować własnego wizerunku i tylko bazuje na renomie Uniwersytetu Warszawskiego (UW) nie może być dobre. Najbardziej rozłozył mnie na łopatki skrót "UW im. MS-C" - brzmi dumnie :-D.
No cóż... jaka uczelnia takie ambicje jej studentów - jak widać tych co wychodzą z założenia "płacę więc będę miał dyplom" jest całkiem sporo.

Wiem... czepiam się ;-)

9 wrz 2010

Zerówka po polsku czyli jak legalnie eksperymentować na dzieciach.

Klasyka - dziecię poszło do zerówki, tak promowanej przez ministerstwo - czyli zerówki w szkole.
Cóż... Już na pierwszym zebraniu wylazło absolutne nieprzygotowanie programowe (czyli takie odgórne) do obsługi maluchów. Wyszły najprostsze rzeczy - ot pierwszy przykład... Starsze dzieciaki picie mają swoje (przynoszą z domu). Niestety z sześcioletnim obywatelem niespecjalnie to działa więc - taaa dam! - dzieci mają wiadro (!) z herbatką i kubeczki. Wiadro postawione na stoliku w klasie. Nikt nie wpadł na to, że dzieci w zerówce nie siedzą w ławkach tylko większość czasu w ten czy inny sposób się bawią (taka jest podstawa programowa - zresztą klasycznie równająca w dół, bo tak łatwiej). W każdym razie wiadro na stoliku ma duże szanse dać efekt "wiadra na podłodze" podczas bardziej energicznej zabawy. Ale pomyśleć o tym? A po co? Przecież w ministerstwie są ważniejsze sprawy (na pewno). Można powiedzieć, że to problem szkoły. Niby tak - tylko szkoła niestety nie ma żadnej opcji kupna jakiegoś systemu do wody z butli. Nie ma, bo nikt o tym nie pomyślał (podejrzewam, że nikt z decydentów ministerialnych nie był tak naprawdę w zerówkach zobaczyć jak to działa, a wiekowo to zwykle ludzie, którzy własne dzieci już dawno odchowali, albo ich nigdy, co gorsza, nie mieli) i nie ma na takie coś pieniędzy. Sprawa kończy się tym, że każda klasa zerówkowa (czy też pierwszakowa - bo to też często dzieciaki co własnej butelki nie będą nosić) załatwia to sama - oczywiście na boku, dzieląc się kasą między rodzicami itd. Żałość i wstyd.
Druga sprawa - religia. Niby nie obowiązkowa ale oczywiście w środku dnia żeby jak najtrudniej było się z niej wymiksować. Na dokładkę 2 godziny tygodniowo - bo są ministerialne wytyczne. I nie da się zamiast jednej godziny zrobić innych zajęć nawet jeśli wszyscy tego chcą. Nie bo nie. A patrząc na inne zajęcia dodatkowe to hmm... religia jest promowana. Plastyki ledwo jedna godzina i to w piątek po południu (na koniec dnia). Brak rytmiki, gimnastyki itp. Jakoś wydaje mi się, ze gimnastyka czy plastyka bardziej niż religia potrzebna jest szesciolatkowi - zwłaszcza, ze w kwestii religii to klasyczne wbijanie do głowy opowieści o tym, że Jezus to taki czarodziej był co go źli ludzie zabili (tak, tak - właśnie to dziecko zapamiętało) bez opcji "własne zdanie".
I nie chodzi mi o walkę z nauką religii - chociaż powinno się to nazywać nauką katolicyzmu bo o innych religiach nie ma mowy. Niech sobie będzie. Ale niech będzie szansa na to, żeby rodzice mieli szanse odrobinę decydować. Bo niby można dziecka na religię nie posłać - tylko wtedy dzieciak wyląduje na godzinę jako klasyczny outsider (bo większość na religię chodzi - nawet jeśli rodzice naprawdę mają zero wspólnego z kościołem i nawet niedzielną mszą co uważam za szczególnie chore). Gdyby to było jako ostatnie zajęcia - proszę bardzo. Gdyby była możliwość obcięcia zajęć o godzinę - no bomba. Ale tak to jest klasyczna dyktatura betonu co chce do siebie równać całą resztę :-(.
Kolejna sprawa - priorytety szkoły. Zerówka jest na ostatnim miejscu. Sala gimnastyczna - najpierw starsze klasy. Boisko - to samo (no, zerówka ma wydzielony placyk zabaw - ale w piłkę tam nie pograją). Tak samo wszystko inne. Jest ten sam korytarz dla wszystkich dzieciaków więc zerówkowicze siedzą w klasie "na sztywno". Nie obowiązują ich dzwonki - ale to nie oznacza, że ich nie ma, bo dzwonek jest taki, żeby nawet w piwnicy truposz wstał.
Tak można wymieniać jeszcze sporo rzeczy. Zasadniczo kosa się w kieszeni otwiera jak się zerknie dokładniej na polskie rozwiązania systemowe. A właściwie na to, że tych rozwiązań brak. Są tylko jakieś pseudo zalecenia i wizje ministrów mające się nijak do rzeczywistości. Mające się też nijak do rozwiązań stosowanych w krajach gdzie np. system zerówki w szkole istnieje od "wieków". I nijak się mające do pieniędzy przeznaczanych na te "wizje". Właśnie dlatego religia jest o takiej a nie innej godzinie - bo kościół dużo dokładniej pomyślał nad rozwiązaniami i wymusza pewne rzeczy odgórnie - wg dawno ustalonych reguł a państwo nie jest w stanie załatwić najprostszych rzeczy - głownie dzięki temu, że zatrudnia do ich teoretycznego rozwiązywania bandę co jak co, po prostu, matołów (których produkcję państwo cały czas promuje).
No... i tyle z pierwszych wrażeń szkolnych. Na pewno niebawem będzie ich więcej bo każda wizyta w tym przybytku wiedzy podnosi mi odpowiednio ciśnienie :-/. Heh... rozpisałem się.